lekkości na Nowy Rok

lekkości na Nowy Rok


              Uświadomiłam dziś sobie pewną rzecz, z której wcześniej do końca nie zdawałam sobie sprawy. Mianowicie stopniowo zaczęły dochodzić do mnie te wszystkie koincydencje, które od wielu lat po cichu mi się zdarzały. Gdziekolwiek podróżowałam, zazwyczaj pojawiał się na mojej drodze jakiś hiszpański motyw. Nawet jadąc do małej portugalskiej wioski na urodziny wówczas jeszcze nieznanego mi lizbońskiego współlokatora mojej przyjaciółki, okazało się, że akurat w tych dniach w Almodôvar odbywała się wielka feria, której organizatorami była grupa wędrownych Hiszpanów. To oni, oprócz średniowiecznych hiszpańskich pieśni, tradycyjnych rycerskich strojów i prawdziwych zabytkowych narzędzi, przywieźli ze sobą masę ziół, herbat i bakalii. To nic zaskakującego. Stragany z tego typu aromatycznymi przysmakami spotyka się na południu Hiszpanii dość często. Północ raczej nie jest tak wystawna, a uliczni sprzedawcy muszą siebie i swoje dobra chronić przed deszczem.
          Stragany, które po raz pierwszy w takiej ilości spotkałam na swojej drodze, kazały mi wpisać się do moich wspomnień jako portugalskie. Teraz, przeglądając zdjęcia, zrozumiałam, że czasem trzeba zweryfikować swoje wspomnienia, popatrzeć raz jeszcze na szczegóły, dojrzeć różnice, skupić się na detalach. W podróży często zbyt szybko chłoniemy, brakuje nam czasu na refleksję. A nawet jeśli odbywamy samotne wędrówki i czasu mamy naprawdę dużo, nie zawsze wszystkim kłębiącym się myślom uda się dotrzeć do naszej świadomości. 

         Wtedy do mojej świadomości nie dotarło, że te zioła miały hiszpańskie nazwy. Dziś otworzyłam plik ze zdjęciami z Portugalii i jako pierwsza rzuciła mi się w oczy fotografia z długim stołem pokrytym przeróżnymi rodzajami hierbas:


typowe stoiska z ziołami, tutaj feria w Almodôvar, Portugalia


A na nim jako pierwsze zioła na odchudzanie, przeczyszczenie, zakwaszenie organizmu i uczucie ciężkości. Od razu uznałam, że to znak. Po smacznych Świętach i z lenistwem dochodzącym do swego kresu Starym Roku, życzę Wam lekkości. Niech wszelkie ciężary, zarówno te somatyczne, jak i psychiczne, odejdą w niepamięć i niech pozostanie jedynie aromat rozwożonych przez Hiszpanów ziół.


średniowieczny Manhattan

średniowieczny Manhattan


          Studiując w Hiszpanii, chodziłam na fascynujące zajęcia z historii urbanizmu. Były one wyjątkowe z kilku względów. Po pierwsze, mogłam zaprezentować swoje miasto hiszpańskim studentom, po drugie, dzięki temu wykładowi wiedziałam, że będąc w Toskanii, nie mogę ominąć "miasta pięknych wież".
          I nie ominęłam. Ze Sieny wybrałam się w drogę, którą dotarłam do San Gimignano - średniowiecznego miasteczka, pięknie usytuowanego na wzgórzu, z którego widok, co prawda, nie zapiera tchu w piersiach, ale koi, napawa błogością, odpręża. To doskonałe miejsce na spacery, do czego zachęca szlak wokół murów miejskich, ale także malownicze uliczki w samym centrum historycznym tej mieściny czy punkty widokowe:



jedna z głównych uliczek San Gimignano



San Gimignano, punkt widokowy



toskański krajobraz



          San Gimignano powstało jeszcze przed naszą erą, w manhattan medieval rozwinęło się, jak sama nazwa wskazuje, dopiero w średniowieczu. To w XIII wieku ta toskańska miejscowość położona na szlaku pielgrzymkowym do Rzymu święciła swoją chwałę. Wtedy powstała większość z 72 wież, z których do dzisiaj zachowało się tylko (lub aż) 15. Ja wprawdzie tylu nie widziałam, ale czasem trzeba zawierzyć tym, którzy wiedzą lepiej. 



widok na wieże ze szlaku wzdłuż muru miejskiego


          To wyjątkowy wynik, ponieważ nie tylko w trzynastowiecznym San Gimignano panowała moda na wznoszenie wież. Inne miasta Toskanii miały podobne hobby i również urządzały sobie zawody  polegające na budowaniu najwyższych i najładniejszych wież. Niestety historia dziejów nie chciała, by nasze pokolenie również mogło je podziwiać.

          Do San Gimignano przybyłam wiedziona wspomnieniem wykładu o urbanistyce miast średniowiecznych i ich różnych odmianach. Owszem, te wyjątkowe wieże robią wrażenie, ale mnie zaintrygowało zupełnie coś innego: miejsce i sposób spędzania popołudniowych godzin w tym mieście. Przed najważniejszym jego zabytkiem, czyli kolegiatą Santa Maria Assunta, stoją poustawiane plastikowe krzesełka, na którym przysiadają zmęczeni turyści. To jednak nie byłoby jakoś szczególnie wyjątkowe i dziwne. Zaskakujące dla mnie było to, że miejscowi mężczyźni również zasiadali na tych siedzonkach w celach podobnych do knajpianych, ale w zupełnie innej formie niż to się robi w barach. Oni nie siadali wokół stołu, popijając piwo, ale w równo ułożonych rzędach, skierowanych w stronę kościoła. Siedzieli tak, wpatrując się w mury zabytku, od czasu do czasu tylko zamieniając ze sobą słów kilka.



rozrywka z San Gimignano


          W takim leniwym nastroju udałam się do Certaldo (o czym pisałam w poście via boccaccio), skąd rozciągał się widok na piękną Toskanię, a w oddali dostrzec można było "miasto pięknych wież":



widok z domu Boccaccia na San Gimignano



   

  
baskijski rytuał czterech żywiołów

baskijski rytuał czterech żywiołów


            Baskijski jest najbardziej tajemniczym językiem w Europie. Nikt właściwie nie wie, skąd się wywodzi. Euskara nie ma korzeni indoeuropejskich. Przypuszcza się, że ludzie posługujący się nim przybyli zza Kaukazu. Tamtejsze rodziny językowe też nie są zbyt pewne, więc zupełnie trudno usytuować język baskijski na odpowiednim miejscu. Tym bardziej, że sam w sobie ma wiele dialektów i odmian, ale to już wynika z rozmieszczenia na terenie północnej Hiszpanii. Może właśnie dlatego, że euskara nie jest spokrewniona z innymi językami europejskimi, tak trudno zapamiętać jakiekolwiek konstrukcje czy choćby pojedyncze słowa. No ale nie o trudność języka mi teraz chodzi. Ja z mojego kilkudniowego pobytu w Kraju Basków zapamiętałam jedynie nazwy czterech żywiołów.

          Sama okoliczność była zadziwiająca, dlatego chcę o niej opowiedzieć. Wybierając się do tego autonomicznego regionu Hiszpanii, rozpytywałam o to, co warto zobaczyć, w którym mieście zatrzymać się na dłużej. Większość była zgodna: najciekawsze jest San Sebastian, do Bilbao warto wpaść jedynie po to, by zobaczyć dzieło Franka Gehry'ego. Jechałam więc do Bilbao bez specjalnego entuzjazmu. Szybko jednak moje samopoczucie się zmieniło, gdy już na dworcu poczułam baskijską gościnność. To zasługa mojego couchsurfingowego hosta, którego do tej pory z rozrzewnieniem wspominam jako najbardziej hojnego, a przy tym najbardziej naturalnego i prostolinijnego z ludzi. Długo by opowiadać o jego gościnności, oryginalności, zainteresowaniu sztuką, etc. Ekscentryczny typ wiecznego chłopca, chadzającego w tenisówkach i w kapeluszu (jednym z ogromnej kolekcji wiszącej na ścianie), który oddawał swoje królewskie łóżko, a sam szedł spać na kanapę. Takie rzeczy się na co dzień nie zdarzają. Potwierdzało się moje doświadczenie, że miasto to ludzie, ludzie, których się w tym mieście spotyka. Dlatego Bilbao urzekło mnie w każdym szczególe.

           Bycie w gościnie u ludzi z couchsurfingu zawsze przynosi mi wiele satysfakcji i radości. Dzięki nim przez moment czuję się jak rodowita mieszkanka danego miasta. Razem chodzimy do miejsc, do których chodzą  tylko lokalni, dzięki czemu mam wrażenie, że jestem częścią tej konkretnej społeczności. W Bilbao, oprócz tego, że mieszkałam w siódmym niebie (dosłownie: siódme piętro, i przenośnie), to jeszcze brałam udział w baskijskim rytuale czterech żywiołów. Mój wspaniały host najpierw zabrał mnie na spacer po mieście, opowiadając historie o mijanych obiektach, pokazał pomnik i dom Miguela de Unamuno:


pomnik Unamuno na placu poświęconym temuż - Plaza de Miguel de Unamuno


dom, w którym urodził się Unamuno

by na koniec w świetle księżyca odprawić rytualny taniec wokół fontanny czterech żywiołów. Nie wierzyłabym raczej w prawdziwość tego obrządku. Nie wiem nawet, z jakich elementów się składał i co się wówczas ze mną działo. Dlatego następnego dnia musiałam wrócić na Plaza de Miguel de Unamuno, by bez boskiego opętania sprawdzić, czy to wszystko istnieje w miejskiej rzeczywistości, czy było chwilowym zamroczeniem mojej jasnej świadomości. Na szczęście istnieje, a wygląda tak:

Ura - woda


Sua - ogień


Haizea - wiatr


Lurra - ziemia


Miguel de Unamuno



La Sagrada Familia - pochwała życia

La Sagrada Familia - pochwała życia


         Dziś drugi dzień Świąt, Świąt Bożego Narodzenia, czyli w rzeczywistości czas dedykowany pamięci Świętej Rodziny. Może w takich okolicznościach warto wspomnieć o tej Rodzinie, która opętała wyobraźnię jednego z największych wizjonerów XIX i XX wieku i stała się kluczowym motywem jego monumentalnego dzieła. La Sagrada Familia jest obecnie najbardziej znanym zabytkiem Hiszpanii, chlubą Katalonii, majstersztykiem architektury, niedokończonym dziełem geniusza. Antoni Gaudí poświęcił na jej projekty i realizację większą część swego życia (w ostatnich latach nawet zamieszkał w budowanej przez siebie świątyni) i chociaż nie starczyło mu lat, by swe dzieło dokończyć, chociaż część szkiców zostało zniszczonych podczas hiszpańskiej wojny domowej, chociaż mija już prawie sto trzydzieści lat od czasu rozpoczęcia budowy tej secesyjnej bazyliki, jest ona stale symbolem odrodzenia i życia. W samym centrum jednej z trzech fasad świątyni - Fachada de la Natividad - stoi wyróżniające się z całości budowli zielone Drzewo Życia.














         To zielone drzewko wraz z białymi gołębiami było jedną z niewielu rzeczy, które zapamiętałam z mojej pierwszej wizyty w Barcelonie. Organiczne elementy wydawały mi się wówczas na wskroś śmieszne i kiczowate. Cała budowla (wtedy jeszcze bez dachu) sprawiała wrażenie zastygłych w nieodpowiednim momencie odlewów, które utworzyły tę przedziwną bryłę. Minęło wiele lat, zanim znów wróciłam do Barcelony i ponownie wdrapałam się małymi schodkami do miejsca, gdzie można było dotknąć Drzewa Życia. Przyjrzałam się uważniej misternej pracy wyobraźni, która z taką szczegółowością łączyła ze sobą różnego rodzaju materiały i motywy. Kompozycja Gaudiego mimo szalonego wizjonerstwa jest absolutnie przemyślana. Powstawała ona niczym żywy organizm, czyli z ciągłymi modyfikacjami w trakcie budowy, Gaudí pozwalał jej żyć własnym życiem, niczym zegarmistrz świata puszczający w ruch mechanizm, który dalej będzie rządził się sam.

          Te religijne odniesienia nie są bez znaczenia. Gaudí tworzył dzieła na chwałę i cześć Pana, każdym z nich oddawał hołd Stwórcy. Przypuszczam, że sam miał w sobie nieco demiurgiczną moc. Jego siła kreacyjna, nowatorstwo i rozmach, z jakimi tworzył, wydają się być z innego niż ludzki porządku. Dzieła Gaudiego to doskonała imitacja natury, naśladowanie jej z fantazją. To nie tylko wpływ secesji, roślinne ornamenty i mieszanka różnych stylów na znaną modłę eklektyzmu. La Sagrada Familia to przede wszystkim pochwała życia. Może dlatego architektowi udało się dożyć zaledwie ukończenia Fasady Narodzenia, zostawiając innym budowę fasad Pasji i Zmartwychwstania. Fasada Narodzenia, czyli ta poświęcona Świętej Rodzinie. Fasada, która od razu została wpisana na listę dóbr dziedzictwa ludzkości UNESCO.


Fasada Narodzenia, foto by x


być jak güiri

być jak güiri


            Znacie ten typ na czerwono spieczonych turystów z białymi kółkami wokół oczu, noszących skarpetki do sandałków i koszulki z podwiniętymi rękawkami. Turystów z pieniędzmi, które wydają na wszystkie pamiątki z symbolem danego miejsca, nie potrafiących powiedzieć żadnego słowa w obcym języku lub co najwyżej zdawkowy zwrot, że nie rozumieją. Hiszpanie określają ten typ przybywających do Hiszpanii turystów mianem güiri. 
            Będąc w Walencji, poznałam grupę zaprzyjaźnionych muzyków, którzy spotykają się od czasu do czasu, by wspólnie śpiewać. Niektórzy z nich są zawodowymi muzykami, inni amatorami, ale łączy ich jedno: autentyczna radość ze wspólnego muzykowania. Ci ludzie z różnych stron świata stworzyli swoją Familię Musical. Oprócz tego, że spotykają się we własnym gronie, dają także koncerty w różnych zakątkach miasta. Mój kilkudniowy pobyt w Walencji upłynął pod znakiem muzyki. Codziennie chodziliśmy na koncerty do różnych pubów, barów i restauracji. Najczęściej jest to muzyka kubańska, brazylijska, flamenco oraz różnego rodzaju fuzje. Na jednym z takich koncertów autoironiczną piosenkę zaśpiewał pewien Anglik, który na stałe przeprowadził się do Hiszpanii, ale ciągle nosi w sobie lament bycia güiri. Koncert był prześwietny, zabawny, bisów było wiele - atmosfera iście rodzinna. A że większość rodzinny to ludzie spoza Walencji, spoza Hiszpanii, a także spoza kultury latynoskiej, każdy w jakiś sposób utożsamiał się syndromem güiri. No może przesadziłam. W każdym razie było przezabawnie, a piosenki można posłuchać, klikając Lamento del güiri. Niestety nagranie nie oddaje wdzięku, z jakim Kurtis wykonał ten utwór.
Ostatnio podsunęłam tę piosenkę kilku Hiszpanom i każdy  z nich uznał ją za okropną.

Soy un Güiri recién llegado al aeropuerto de Alicante
llevo sandalias, calcetines y esa moda interesante
que sólo puede un Inglés.
Soy el Güiri de los sueños de tiendas para turistas
que compro cualquier tontería que lleve un toro y no cuestiono a los taxistas.
Y aunque sólo es febrero tendré ese bronceado camionero
la cara y los brazos ya los tengo rojos
con grandes círculos blanquitos por los ojos.

Soy un Güiri y esto es mi lamento
no me explico la burocracia española,
no se de qué va el flamenco.
Soy un Güiri resplandeciente bajo el sol
me sé una sola frase en su idioma:
no entiendo español.

Soy el Güiri que se emboracha y ya no puede caminar
la policía de Benidorm quiere mi nombre pero no sé contestar.
Y al final he decidido que sería un buen lugar para vivir
pero en un pueblo de otros ingleses donde los nativos no me pueden influir.

Soy un Güiri y esto es mi lamento
el éxito de gente como Belén Esteban es algo que no comprendo
Soy un Güiri de esos ruidosos en Marbella
a qué pueblo debo creer cuando todos dicen que hacen la mejor paella.

Y ahora unas palabras en defensa de todo extranjero por ahí:
a veces sí, podemos molestarles, pero también enriquecemos el país.
¿Qué sería el verano sin nosotros, que hacemos que parezcais más morenos?
Todo esto y mucho más siempre traemos y por eso canto yo este lamento

Soy un Güiri y esto es mi lamento
de cuánto sube precio de una casa cuando dices que eres inglés ya ni os cuento.
Soy un Güiri resplandeciente bajo el sol
hay muchas cosas que no entiendo de España, pero aún casi me siento español.

Soy un Güiri
Soy un hijo de la Gran Bretaña,
un Güiri trasladado a España


I jeszcze szybkie tłumaczenie, niestety po polsku w moim przekładzie nie brzmi to najlepiej.

(Jestem Güiri świeżo przybyły na lotnisko w Alicante
noszę sandałki, skarpetki i całą tę modę interesującą,
którą może tylko Anglik
Jestem Güiri z marzeń sklepów dla turystów
który kupuje cokolwiek z bykiem i nie dbam o ceny taksówek
i chociaż dopiero jest luty, będę spieczony
twarz i ramiona już mam czerwone
z wielkimi białymi kółkami wokół oczu

jestem guiri i to jest mój lament
nie wyjaśnię, czym jest hiszpańska biurokracja
nie wiem, o co chodzi z tym flamenco
jestem guiri błyszczący pod słońcem
znam tylko jedno zdanie w ich języku:
nie rozumiem hiszpańskiego

jestem guiri, który się upija i nie może dalej iść
policja z Venidorm chce moje nazwisko, ale ja nie umiem odpowiedzieć
aż w końcu zdecydowałem, że jest to najlepsze miejsce do życia,
ale wśród innych Anglików, tam gdzie miejscowi nie mogą na mnie wpłynąć

jestem guiri i to jest mój lament
sukces takich osób jak Belen Esteban jest czymś, czego nie rozumiem
jestem guiri z tych hałaśliwych w Marbelli
której wsi powinienem wierzyć, skoro wszyscy mówią, że robią najlepszą paellę.

a teraz kilka słów w obronie wszystkich obcokrajowców tutaj:
czasem tak, możemy im przeszkadzać, ale także wzbogacamy kraj
czym byłoby lato bez nas, że sprawiamy, że wydajecie się bardziej brązowi
to wszystko i jeszcze więcej zawsze przynosimy ze sobą i dlatego śpiewam ja ten lament:

jestem guiri i to jest mój lament
jak wzrasta cena domu, kiedy mówisz, ze jesteś Anglikiem, nawet wam nie powiem
jestem guiri błyszczącym pod słońcem
jest wiele rzeczy, których nie rozumiem z Hiszpanii, ale niemal się czuję Hiszpanem

jestem guiri
jestem synem Wielkiej Brytanii
guiri zamieszkałym w Hiszpanii



Kurtis i Alessandro z La Familia Musical, Valencia








Ukryte azulejos

Ukryte azulejos


          Czasem warto oderwać się od przyziemnego zachwytu nad brukiem i spojrzeć w górę. Nie chodzi mi tylko o unoszenie głowy w celu odkrycia wzniosłości strzelistej katedry. La Sagrada Familia jest arcydziełem i co do tego raczej nie ma wątpliwości. Przechodząc obok niej, nie ma możliwości niezadzierania głowy. Wszyscy bez wyjątku pragną uchwycić majestat niedokończonego kościoła, uszczknąć choć kawałek sięgającego nieba dzieła geniuszu. Nie wszyscy jednak unoszą spojrzenia, by znaleźć coś wyjątkowego w miejscu, gdzie nie jest ono oczywiste. Czasem warto oderwać wzrok od zachwycającego bruku i komponujących się z nim stóp, by przenieść go w miejsce pozornie bez wyrazu.

          Przechadzając się ulicami Walencji, spostrzegłam wyjątkowe położenie płytek ceramicznych na tamtejszych balkonach. Oczywiste jest wykładanie nimi wierzchniej części tarasu, ale spód zazwyczaj pozostaje betonowy, czasem ubarwiony jedynie jakąś farbą. W Walencji (to między innymi głównie w tym mieście, za sprawą wpływów arabskich, zaczęto produkować gładkie płytki ceramiczne już w XI wieku) dostrzegłam azulejos kładzione na wystających balkonikach tak, by przechodzący ulicami ludzie mogli je podziwiać, spoglądając w górę. 


azulejos w Walencji

           Podczas mojej ostatniej podróży byłam bardziej uważna i okazało się, że takich małych skarbów kładzionych od spodu jest znacznie więcej.



Granada



Granada


             Podziwiałam je i ja. Nie pierwszy i nie ostatni raz, bowiem płytki ceramiczne są jednym z symboli Półwyspu Iberyjskiego. Przede wszystkim słynie z nich Portugalia, gdzie nawet mało spostrzegawczemu turyście rzucają się w oczy niemal na każdym kroku. Azulejos to część kultury iberyjskiej, doskonale wpisują się one swoją funkcjonalnością i estetyką w słoneczny porządek południowych regionów Portugalii i Hiszpanii. Azulejos to cienkie płytki ceramiczne kładzione zarówno wewnątrz domów, jak i na zewnątrz. Zastępując parkiety czy dywany, podczas upałów przynoszą one stosowną ulgę, w łazienkach chronią przed wilgocią, a w kuchni pomagają utrzymać porządek. Jednak najważniejsza jest ich dekoracyjność. Płytki azulejos mają bardzo bogatą, wielowiekową i wielokulturową tradycję. W zdecydowanej większości są one biało-niebieskie, stąd też jedna z teorii tłumacząca pochodzenie nazwy samego wyrazu: hiszpańskie i portugalskie  azul oznacza kolor niebieski. Inna koncepcja etymologiczna odwołuje się do arabskiego słowa az-zulayj, oznaczającego "mały kamień". Typów i odmian azulejos jest całe multum. Zależą one od kultury i od miejsca, gdzie się je produkuje. Dzięki swym rozmaitym kolorom i kształtom są jedną z najbardziej ekspresyjnych form sztuki ludowej. Przedstawiają krajobrazy, scenki rodzajowe, opowiadają historie...



Zaragoza



Madrid



Porto, azulejos na ścianie klatki schodowej



Porto, dom pokryty azulejos



Porto, azulejos przedstawiające krajobraz miasta


             Najpiękniejsze azulejos to te stanowiące zaledwie mały element ozdobny. Mały lub większy, otoczony żywymi barwami, doniczkami, kwiatami...



Alicante



Almería


  

Stopomania hiszpańska

Stopomania hiszpańska



Altea


Kilka lat temu w Portugalii zaczęła się moja przygoda z upamiętnianiem stóp na udeptywanym przeze mnie bruku. Ten rodzaj wyrazu, biorąc pod uwagę jego częstotliwość i niesłabnącą fascynację, z jaką się mu oddaję, można nazwać obsesją, pasją lub małym szaleństwem - wedle uznania. W szybkim czasie okazało się, że nie tylko portugalski bruk kryje w sobie urok wart najżarliwszego miłośnika wszelkich przyziemności. Hiszpania też ma drogi zupełnie godne polecenia. Z pewnością mniej charakterystyczne od swoich portugalskich koleżanek, nie tak oczywiste, nie tak bezpośrednio rzucające się w oczy, niemniej równie inspirujące, gdy się im przyjrzeć uważnie. Oto stopomania hiszpańska:



Granada




Alicante



Andaluzja przez szybę

Andaluzja przez szybę


          Wielokrotnie pisałam o doświadczaniu miejsca, o wąchaniu, smakowaniu, dotykaniu, przysłuchiwaniu i przyglądaniu się z bliska. O ocieraniu się naskórkami, by przez takie jedno elektryzujące otarcie dotrzeć do głębi, zbliżyć się do istoty, poczuć to, co ulotne. Takim ulotnym pięknem, które jednak zostało mi dane z jednym podstawowym ograniczeniem, była Andaluzja widziana z okna. Okno nie było otwarte, na szczęście szyba pozostawała nieskazitelnie czysta. Ta czystość szyby okazywała się mieć jednak w sobie coś diabelskiego. Z jednej strony kusiła widokiem andaluzyjskich krajobrazów w całej pełni, z drugiej zaś, w momencie bliskiego zetknięcia się z nią uświadamiała, że dotknąć niczego poza nią się nie da. Ale dawało się oglądać i sycić wzrok otaczającymi pejzażami.
















































          Była to droga zupełnie fascynująca, podczas której nie odrywałam nosa od szyby autobusu. Niemal trzy godziny czystego zachwytu. Niemal trzy godziny na trasie z Malagi do Rondy, na której odkryłam urok andaluzyjskiej przestrzeni. Odbywałam podobne wyprawy wielokrotnie, również po tej części Hiszpanii, ale żadna wcześniej nie dała mi tyle wizualnej satysfakcji. Czy to była droga z Malagi do Granady, z Granady do Cordoby, z Cordoby do Sewilli, czy z Sewilli do Jerezu. Nie wiem, w czym tkwi haczyk, skąd taka różnica w postrzeganiu, dlaczego wszystkie wymienione wcześniej trasy wydawały mi się monotonne, a ta jedna pełna różnorodności, wielorakiego ułożenia ziemi, jej struktury i zawartości. Mogę wymienić w sumie trzy trasy w Hiszpanii, które wywarły na mnie podobne wrażenie. To wspomniane już wcześniej przez mnie w poście o FEVE północne wybrzeże Hiszpanii, najpiękniejszy fragment to rozległa Asturia. Drugą trasą były Pireneje na trasie Pampeluna - Barcelona. Niestety obie drogi zostały zapisane jedynie w mojej pamięci.


legendarna Triana - kolebka flamenco

legendarna Triana - kolebka flamenco


           Jadąc do Sevilli, wyobrażałam ją sobie jako upadłe miasto pełne buńczucznych cyganów i kuszących tancerek. Szczególnie cieszyłam się na myśl o Trianie - dzielnicy tańca i śpiewu, legendarnej kołysce flamenco. Wybrałam się więc na spacer z koleżanką, przebywającą wówczas w Sevilli tancerką i teoretyczką tej sztuki. Bardzo chciałam zobaczyć wszystko to, o czym się tyle naczytałam i nasłuchałam. Poczuć na własnej skórze rytmy Triany. Po cichu marzyło mi się małe zapomnienie o świecie wśród czarnych oczu, przeszywających na wylot spojrzeń namiętnych cyganów. Przechodziłam ulicami tej dzielnicy w nadziei na trafienie na jakiś ślad bujnej przeszłości. Rozglądałam się po okolicy coraz bardziej zawiedziona. Wokół witały mnie schludne budynki i czyste chodniki. Witryny sklepowe pełne były sukien i butów do flamenco, pełne faldas, mantones, batas de cola, peinetas, abanicos, etc. Ale flamenco na ulicach nie było.
           


Triana


          Jestem pewna, że gdzieś jeszcze jest, to prawdziwe, niemuzealne, niesprzedajne, w jakichś tawernach, do których nie dane mi było jeszcze wstąpić. Póki co po Trianie zostały mi tylko mgliste wspomnienia i nieudolne zdjęcia, mówiące o dawnej jej świetności.






           Wiedziona historią Carmen, opuściłam Trianę i poszłam zobaczyć fabrykę (Real Fábrica de Tabacos), w której słynna uwodzicielka skręcała swoje cygara. Dziś w fabrycznych murach i w dawnych oparach tytoniu żądni wiedzy studenci oddają się wiedzy filologicznej. Tam cygańskiego ducha także nie poczułam. Tego wieczoru Sewilla płakała razem ze mną. Ale trzeba przyznać, że uroczo się smuci.






          Nie bierzcie jednak moich straconych złudzeń na temat Triany za absolutną prawdę. Kilka dni później Sewilla miała bowiem rozbrzmieć swoim hucznym zwyczajem podczas Feria de Abril. Niestety ja zdążyłam zobaczyć zaledwie wznoszące się konstrukcje znamionujące nadchodzące święto.


Corrida – Hiszpania w pigułce

Corrida – Hiszpania w pigułce


      Kiedyś mój znajomy zrobił fotoreportaż z corridy w Granadzie, sugerując (w) nim, że już w samych kolorach hiszpańskiej flagi ukryta jest prawda o pasji tego narodu. Podobno jeden z Andaluzyjczyków, widząc ten reportaż (notabene wyróżniony w ważnym konkursie, więc zachęcam do oglądania go tutaj. A skoro już jesteśmy przy fotoreportażu, warto zajrzeć do najważniejszego osiągnięcia tej sztuki w tradycji hiszpańskiej, czyli do cyklu Sanfermines autorstwa Ramona Masatsa), powiedział, że Corrida to Hiszpania w pigułce - jest teatrem i walką, jest w niej muzyka, dużo pozy, brutalności i pasji, a wszystko to pozbawione większego sensu. Zresztą, popatrz na arenę. Gdy byk się wykrwawia na piasku, to te kolory wyglądają tak, jak na naszej fladze. 
          Ta ważna uwaga zmusza do myślenia na temat tożsamości Hiszpanów. Przecież samo słowo oznaczające to, co hiszpańskie, nie kryje w sobie tożsamości. Kraj ten jest podzielony na kilka autonomicznych regionów, z oddzielnymi językami, tradycjami, wpływami, kulturami. Moi znajomi z Galicji czy z Asturii zawsze powtarzają, że postrzeganie Hiszpanii jako kraju słońca, corridy i flamenco niewiele mówi o jego zróżnicowanym charakterze. Bardziej stonowana północ wpisuje się swoją świadomością w sterylny porządek myślenia, pozbawiający ludzi resztek krwawych rytuałów, które utrzymywały archaiczne społeczności w jedności. Północy brakuje słońca, które sprowadza na ludzi szaleństwo (o czym pisałam w poście o Sewilli). Bez niego corrida się nie obejdzie. Istnieje nawet przysłowie: el sol es el mejor torero – słońce jest najlepszym torreadorem. Słońce oślepia – również jasną świadomość.
         Współcześnie odseparowano nas, zarówno w myśleniu, jak i w samym doświadczaniu od wszystkiego, co kojarzy się z krwią i z bólem. Wymuskany świat boi się grzebać w ziemi, babrać w błocie, dotykać krwi, czy czuć jej zapach na wargach. Brutalność i przemoc się toleruje, o ile są daleko. Na tyle daleko, by nie ubrudzić sobie rąk bryzgającą krwią. Z bliska ona zazwyczaj odpycha. Lepiej ją widzieć z daleka albo nie widzieć zbyt wyraźnie. Lepiej widzieć niż czuć i dotykać. Lepiej jeszcze, gdy jej przelanie można usprawiedliwić siłą wyższą od ludzkiej.
          Corrida staje się coraz bardziej niezrozumiała i uznawana za przejaw braku humanitaryzmu. Odsuwając się od tego, co rytualne, odsuwamy się również od krwawej corridy. Słowo "pasja" już dawno straciło swoje znaczenie, w którym mieściło się i szaleńcze zamiłowanie do czegoś, jak i furię, gniew, cierpienie i mękę. Być może obecnie jedynie kultura hiszpańska i latynoska kultywuje etymologiczne znaczenie tego wyrazu. I mimo ostrych i coraz głośniejszych sprzeciwów wobec corridy można uznać, że jest ona Hiszpanią w pigułce. A pigułka jak to każde lekarstwo, na jedno pomoże, na drugie zaszkodzi. I choć czasem nie znamy jej składników i nie rozumiemy sposobu działania, nie możemy odmówić znaczenia. Corrida, ten krwawy teatr okrucieństwa, posiada głęboki sens, który umyka rozumowaniu sterylnego świata dawno już ujednoliconego i zhomogenizowanego.
        Pasja to w długiej tradycji chrześcijańskiej męka pańska, to odgrywanie teatru. Nie inaczej rzecz się ma w przypadku corridy. Ewa Gałązka pisała, że w kulturze hiszpańskiej w niezwykły sposób splatają się elementy teatralnej gry, a podniosłość i patos mają nadzwyczaj wiele z realnym życiem. Przecież na arenie podczas corridy, wielkiego spektaklu o życiu i śmierci, właśnie śmierć jest zupełnie prawdziwa. To przedstawienie, ponieważ każdy element jest wystudiowany, przemyślany, zgodny z długą tradycją, a wszystko jest pewną konwencją – począwszy od strojów, broni i gestów. Równocześnie to spektakl prawdziwy, rzeczywista walka człowieka i zwierzęcia, i tak jak groźny i nieokiełznany jest byk, tak samo niebezpieczna - a przede wszystkim rzeczywista - jest śmierć.
            Śmierć wyjątkowo solidnie zakorzeniła się w kulturze Hiszpanii. Szlachetna śmierć na polu walki, nigdy z ukrycia. Corrida wyraża mentalność rycerskiej potyczki, to swego rodzaju jej pars pro toto – to styl życia, to równa walka (przynajmniej taka powinna być, jest tylko jeden szlachetny sposób uśmiercenia zwierzęcia - pewne wbicie szpady dokładnie w miejsce między łopatkami byka); honor i okrucieństwo, namiętność i krew. To samo sedno hiszpańskości. Doskonale pokazał te elementy Almodóvar w Hable con ella: perfekcyjne przygotowanie się do pojedynku życia: każdy guzik, klamra i haftka idealnie dopięta – vide. Reżyser podjął ten temat już wiele lat wcześniej, kręcąc Matadora. Nie on jeden, nie pierwszy i zapewne nie ostatni. Współcześnie ze zbyt wielkim obrzydzeniem patrzymy na to, co tkwi u podstaw antropologii, na potrzebę oswajania się z bólem fizycznym, fascynacją śmiercią, co od zarania stanowiło istotę wszelkich rytuałów. 
          Bardzo lubię słowa Ceesa Nootebooma (już cytowanego tutaj przeze mnie autora Dróg do Santiago): Hiszpania jest brutalna, anarchistyczna, egocentryczna, okrutna. Hiszpania jest gotowa za głupstwo założyć sobie stryczek na szyję. Jest chaotyczna, marzycielska; jest irracjonalna. Zdobyła świat i nie wiedziała, co z tym począć; tkwi w swojej średniowiecznej, arabskiej, żydowskiej i chrześcijańskiej przeszłości, rozłożona wraz ze swymi upartymi miastami wśród niekończących się pustych przestrzeni jak kontynent, który jest złączony z Europą, a Europą nie jest. Ten, kto przemierzył tylko utarte szlaki, nie zna Hiszpanii. Kto nie próbował zabłądzić w labiryntowym całokształcie jej historii, nie wie, po jakim kraju się porusza. To miłość do życia, zdziwieniu nigdy nie będzie końca.


Corrida w Lizbonie



          Hiszpania kultywuje jeszcze to, czego już na przykład Portugalia zaprzestała, zakazując w 1799 roku zabijania byka na oczach widzów. Stało się tak ze względu na zaatakowanie przez byka hrabiego Arcos. Cóż za niedopuszczalne zachowanie! Nie byka, hrabiego! Albo uczestniczy(my) w tej walce ze świadomością niebezpieczeństwa, albo nie wchodzi(my) w nią wcale. Jak można karać byka za to, że idealnie wypełnia swoją posługę!? Całkiem niedawno, w sierpniu tego roku w Tafalla, byl wbiegł na trybuny, tratując ludzi. Tę walkę wygrało zwierzę, zatem zabicie go naruszyło reguły honorowego pojedynku. Ale corrida to teatr, tragedia w trzech aktach, kończąca się zawsze w ten sam sposób.
     Kiedy uczestniczyłam w corridzie, co prawda w Lizbonie, ale walczącymi byli Hiszpanie, nie przyszło mi do głowy współczuć zranionemu torreadorowi. Decydując się na walkę, wie on, że byk stanowi dlań śmiertelne niebezpieczeństwo. Nie można umrzeć tylko trochę. Umiera się całkowicie. Szkoda tylko, że podczas corridy ta zasada dotyczy tylko byków.










Corrida w Lizbonie

update: czerwiec 2014


Bez względu na to, jak szlachetna wydawałaby się nam walka, to zawsze przynosi ona ból i cierpienie. Tym bardziej dotyczy to zwierząt, które nie widzą potrzeby atakowania, które są do tego przymuszane. Pozostają tylko niewinne, zdziwione oczy. Przemiana ludzi dokonuje się właśnie za sprawą spojrzenia. Nie ma szlachetnej walki z udziałem zwierząt. Tego uczy doświadczenie pozaintelektualne i pozateoretyczne. Można bronić krwawego rytuału, gdy nie widzi się wylękłych oczu zwierzęcia idącego na rzeź. Dobrze, że boskości zaczęliśmy doświadczać w wymiarze symbolicznym. Być może jest to doświadczenie ogołocone, ale łagodność i współczucie jest tym, czego ludzkość zawsze będzie potrzebować. A jeśli chcemy głęboko łączyć się z bóstwem, składajmy w ofierze siebie.


zdjęcie, wokół którego nawarstwiają się interpretacje



Smakować życie i świat

Od dawna szukam klucza do swojej opowieści. Nie można opowiadać czyimś językiem, tak samo jak nie da się być na czyimś miejscu. A czy ka...

Copyright © 2014 taken from travel , Blogger