Stopomania portugalska

Stopomania portugalska

   
         Przechadzając się niegdyś portugalskimi ulicami, zauważyłam, jak moje stopy intrygująco komponują się z tamtejszym podłożem. Trzeba wiedzieć, że niemal cała Portugalia pokryta jest czarno-białymi kostkami, ułożonymi, w zależności od miasta, w ornamentowe kompozycje. Niezmiennie zachwycam się tymi dwiema rzeczami, które zmuszają mnie do przyziemności: ziemią, po której stąpam i własnymi stopami.


Faro


          Z czasem stopomania zaczęła przybierać na intensywności, aż w końcu pozostawiałam odciśnięte (często odciskami) ślady stóp w każdym miejscu, w którym się pojawiłam. O Kraje Południa! Strzeżcie się, bo to po Waszych ziemiach się błąkam.


Lisboa




Coimbra


   
Śnieżnobiała Frigiliana

Śnieżnobiała Frigiliana



Z ARCHIWUM | Szkice hiszpańskim piórkiem | 30 listopada 2010



Frigiliana



Odśnieżając dziś taras z prawie metrowej warstwy puchu, uzmysłowiłam sobie, że już gdzieś kiedyś podobną biel widziałam. Że już podobnej jaskrawości bieli kiedyś doświadczyłam. Skojarzenia nie są zbyt trafne, ale nie o trafność przecież w skojarzeniach chodzi. Dalej zatem przerzucałam śnieg plastikową łopatą, myśląc o gorącej Frigilianie. To znaczy z założenia gorąca być powinna, choć mnie przywitała swoim nieco bardziej wyważonym urokiem.









Frigilina jest jednym z tych miasteczek, do których dociera się przypadkiem. Przypadek oczywiście może być mniej lub bardziej złożony, jednak nadal nazywam przypadkiem okoliczności zaistniałe w sposób niedookreślony. Lądując po raz kolejny w Maladze, nie miałam pojęcia, że o dwie godziny drogi autobusem od niej znajduje się przepiękna, jedna z tych charakterystycznych dla Andaluzji, biała, nieco wyludniona wioska. Jak się później okazało, to wyludnienie było jedynie moją fantasmagorią albo raczej osobistym doświadczeniem (o ile doświadczać można jeszcze inaczej niż osobiście...). Doświadczyłam więc Frigiliany jako miejsca, do którego dotrzeć niemal nie sposób, ukrytego gdzieś między wijącą się 7-kilometrową serpentyną, po której poruszałam się tylko ja i mój niemiecki autostop-kierowca, którego przez dobre pięć minut zarzucałam podziękowaniami za zabranie mnie z bezludnej drogi, by dowiedzieć się, że po hiszpańsku on niczego poza nazwą miejscowości nie rozumie. Doświadczyłam Frigiliany jako miejsca zamarłego, spokojnego, pachnącego avocado, oliwkami i winem, gdzie w jedynej otwartej restauracji ze szczerym zdziwieniem przyjęto moje pytanie o coś do zjedzenia. Trzeba pamiętać, że święto dla Hiszpanów jest świętem. Nie jeżdżą wtedy autobusy, na ulice wychodzą tylko przybysze z innych kultur, a w restauracji możesz się okazać jedynym gościem.



niebo nad Frigilianą













 

rozgrzane piór(k)o

Właśnie w tym pierwszym dniu prawdziwie mroźnej, malowniczej polskiej zimy postanawiam (p)odgrzać pióro. Bądźmy szczerzy, to piórko zaledwie. Ale niech nikogo nie zwiedzie ta referencja. Nie przypuszczam, by było to dzieło na miarę Bobkowskiego, ani tym bardziej frankofilski zachwyt. Zachwycam się przecież Iberią. To o niej będzie historia, a raczej o moich z nią koincydencjach. Czasem zbiegamy się w swych czasoprzestrzeniach i, nie wiem, co prawda, jak jej, ale mi te zbiegi wiele korzyści przynoszą.


Smakować życie i świat

Od dawna szukam klucza do swojej opowieści. Nie można opowiadać czyimś językiem, tak samo jak nie da się być na czyimś miejscu. A czy ka...

Copyright © 2014 taken from travel , Blogger