Śnieżnobiała Frigiliana




Frigiliana








          Odśnieżając dziś taras z prawie metrowej warstwy puchu, uzmysłowiłam sobie, że już gdzieś kiedyś podobną biel widziałam. Że już podobnej jaskrawości bieli kiedyś doświadczyłam. Skojarzenia nie są zbyt trafne, ale nie o trafność przecież w skojarzeniach chodzi. Dalej zatem przerzucałam śnieg plastikową łopatą, myśląc o gorącej Frigilianie. To znaczy z założenia gorąca być powinna, choć mnie przywitała swoim nieco bardziej wyważonym urokiem.



niebo nad Frigilianą


         Frigilina jest jednym z tych miasteczek, do których dociera się przypadkiem. Przypadek oczywiście może być mniej lub bardziej złożony, jednak nadal nazywam przypadkiem okoliczności zaistniałe w sposób niedookreślony. Lądując po raz kolejny w Maladze, nie miałam pojęcia, że o dwie godziny drogi autobusem od niej znajduje się przepiękna, jedna z tych charakterystycznych dla Andaluzji, biała, nieco wyludniona wioska. Jak się później okazało, to wyludnienie było jedynie moją fantasmagorią albo raczej osobistym doświadczeniem (o ile doświadczać można jeszcze inaczej niż osobiście...). Doświadczyłam więc Frigiliany jako miejsca, do którego dotrzeć niemal nie sposób, ukrytego gdzieś między wijącą się 7-kilometrową serpentyną, po której poruszałam się tylko ja i mój niemiecki autostop-kierowca, którego przez dobre pięć minut zarzucałam podziękowaniami za zabranie mnie z bezludnej drogi, by dowiedzieć się, że po hiszpańsku on niczego poza nazwą miejscowości nie rozumie. Doświadczyłam Frigiliany jako miejsca zamarłego, spokojnego, pachnącego avocado, oliwkami i winem, gdzie w jedynej otwartej restauracji ze szczerym zdziwieniem przyjęto moje pytanie o coś do zjedzenia. Trzeba pamiętać, że święto dla Hiszpanów jest świętem. Nie jeżdżą wtedy autobusy, na ulice wychodzą tylko przybysze z innych kultur, a w restauracji możesz się okazać jedynym gościem.











 

16 komentarzy:

  1. A w Krużewnikach był, ee? Też kiedyś zbłądziłem do Frigiliany i chodziłem pół dnia po tym ślicznym, wyludnionym miasteczku pasąc oczy widokiem białych uliczek ozdobionych roślinami doniczkowymi, które mieszkańcy wystawiają przed domy. A na horyzoncie morze.... Oniemiałem, takie to było piękne. Chociaż miałem niejasne odczucie, że duża część mieszkańców Frigiliany to nie rdzenni Hiszpanie, ale anglosasi, może też skandynawowie..... I w głowie zaświtała wątpliwość: cepelia na pokaz? Hmmm, może nie do końca, ale nawet jeśli, to pięknie zrobiona. Chętnie wracam do zdjęć stamtąd.....
    Tomek

    OdpowiedzUsuń
  2. Podoba mi się słowo 'zbłądzenie'. Może kiedyś zbłądzę do Krużewników, ale znaleźć je to ponoć wyczyn nie lada!
    W każdym razie wydaje mi się, że to cepelowatość Frigiliany przywiodła Anglosasów do tego miejsca. Jest uroczo, ale jednak jakoś uporządkowanie. No i zawrotne ceny, jak na taką mieścinę:)

    OdpowiedzUsuń
  3. Trzy miasta: Sevilla, Granada i Kordoba. Sevilla jest jak piękna, wytworna ale i uśmiechnięta Andaluzyjka wystrojona w elegancką suknię i potrząsająca kastanietami (no może efekt psują nieco tabuny much, których pochodzenie wywiódłbym od dorożek). Granada - tajemnicza Arabka, piękna, może trochę groźna, z nieprzeniknioną tajemnicą w oczach. I Kordoba, która nie pozwala uchwycić skali, bo z cichych wąskich uliczek wychodzi się nagle na zatłoczone wielkomiejskie place. A Mezquita z zewnątrz, jej otoczenie, do złudzenia przypomina katedrę w Sevilli. Tylko skala może trochę mniejsza. I straszny upał. Oraz jaszczurki na pobielanych ścianach. Takie mam wspomnienia porównanwcze. Najlepiej czułem się w Sevilli - tak jakoś magicznie. Potem już nigdzie tak. A w Alhambrze, w Granadzie, jest hotel - Hotel America chyba. Ciekawostka, hotel za murami Alhambry..... Ciekawe, czy drogi.
    Tomek

    OdpowiedzUsuń
  4. Ja nigdzie nie czułam się tak, jak w Granadzie (jeśli chodzi o hiszpańskie miasta), ale tylko za pierwszym razem. Ostatnio tam wróciłam. Było pięknie, podobnie. Cieszyłam się, widząc te same miejsca, te same domy, kawiarnie, nazwy... a jednak już nie czułam tego podniecenia. Teraz boję się wracać do swoich ukochanych miejsc...

    OdpowiedzUsuń
  5. Syndrom pierwszego razu: biedny umysł pragnie, żeby drugi raz był taki sam jak pierwszy, taki euforyczny, a tak być nie chce. Długo by można pisać, dlaczego. Najlepiej znajdować samemu odpowiedzi. Ale wiem, że do znanych miejsc można wracać z radością. Nie będzie to już radość pierwszego razu, ale radość okrzepła, pewna siebie, spokojna. Dobrze mieć takie "swoje" miejsca. A inne będą zawsze "na jeden raz".
    Tomek

    OdpowiedzUsuń
  6. Do tych miejsc wraca się z radością, ale też z bardzo dużymi oczekiwaniami, chcąc nie chcąc. Chciałoby się doświadczyć czegoś jeszcze piękniejszego, ale to syndrom każdego pierwszego (dobrego razu:)
    Chociaż czasem się zastanawiam, czy nie lepiej zostawić te 'swoje' miejsca również na 'na jeden raz'. Ach! Znów brak odpowiedzi... :)

    OdpowiedzUsuń
  7. No właśnie..... Do Sevilli już nie zajrzałem, choć mogłem. Raz wystarczy. Może kiedyś, pewnie, że chciałbym jeszcze. Teraz chciałbym zobaczyć Lizbonę. Tyle się nasłuchałem i naczytałem, że piękna.
    Tomek

    OdpowiedzUsuń
  8. hah! Napisałam Granada - moje ukochane miasto w Hiszpanii, bo jest jeszcze Lizbona. Tam było bosko, ale już tyle razy o tym pisałam. Pięknie, błogo...

    i właśnie po powrotnej Granadzie boję się wrócić do Lizbony...

    OdpowiedzUsuń
  9. Z jednej strony "ludzie lubią to, co znają", jak powiedział inżynier Mamoń z "Rejsu", a z drugiej strony "nowe" ma w sobie ten ożywczy powiew świeżości, od której neurony znowu zaczynają wytwarzać nowe synapsy (czy jakoś tak). To, co znane, jest bezpieczne, już oswojone, miłe, a to, co nowe jest kartą do przeczytania dopiero zmuszającą do ciągłej uwagi. I co tu wybrać? Pewnie raz to, a raz tamto, według zapotrzebowania. Jeśli można oczywiście, jeśli człowiek nie jest ograniczony krótkim urlopem, brakiem kasy, albo czymś innym.
    Tomek

    OdpowiedzUsuń
  10. W zdecydowanej większości są to ograniczenia mentalne: lęk, obawa, lenistwo, przyzwyczajenie, zapobiegliwość, konformizm... zawsze nosimy odrobinę z tego wszystkiego w sobie - to nieuniknione.

    OdpowiedzUsuń
  11. Jak ja bym chciał być teraz w słonecznej Hiszpanii, gdzieś na południu.... I nic nie musieć....
    Tomek

    OdpowiedzUsuń
  12. Ja jestem teraz w samym centrum słonecznej Polski. Piękna pogoda, to nic, że minus 15:)

    OdpowiedzUsuń
  13. A to niespodzianka, a ja myślałem, że piszesz z Hiszpanii :-)
    Tomek

    OdpowiedzUsuń
  14. Raz z Polski, raz z Hiszpanii. Ale częściej z Polski:)

    OdpowiedzUsuń
  15. A ja się dobrze tam czułem, tutaj gorzej. Może to przez to, że tam tylko wakacje, a tu codzienna szarówka. A może nie, może faktycznie jest coś w tej przepalonej słońcem ziemi, że inaczej wszystko smakuje... Ale mam takie jedno wspomnienie z Saragossy, gdy musiałem wstać wcześnie na powrotny autobus do Madrytu. Ludzie szli do pracy. I pamiętam te twarze: takie same zmięte, zmęczone i niezadowolone.... Nic z hiszpańskiej radości życia.... Lepiej siestować niż pracować ;-)
    Tomek

    OdpowiedzUsuń
  16. Hiszpanie, przyjeżdżający do Polski na wakacje, tez się tu świetnie czują:) A praca wyniszczy każdego, bez względu na słońce czy temperament;)

    OdpowiedzUsuń

Każda reakcja w ramach elegancji, dystynkcji i klasy mile widziana.

Smakować życie i świat

Od dawna szukam klucza do swojej opowieści. Nie można opowiadać czyimś językiem, tak samo jak nie da się być na czyimś miejscu. A czy ka...

Copyright © 2014 taken from travel , Blogger