Las Islas Cíes - rajskie wyspy


          Ten post pisany jest ku przestrodze. Nie jestem co prawda typem moralizatora, uważam, że każdy i tak popełni te błędy, które będzie chciał popełnić lub te, które są mu przeznaczone. Niemniej czasem można złagodzić skutki tych jeszcze niepopełnionych, śmiejąc się z nieprzezorności innych. Wystawiam zatem własny kark (czy raczej obdarte ze skóry ciało) na szyderczą chłostę. No dobrze, wcale nie oczekuję bezlitosnego linczu, więc może po prostu przeczytajcie.
        Na początek spróbujcie wyobrazić sobie wyspy raju. To nie takie trudne w dobie homogenicznych wyobrażeń, bo wszystkie wyspy powinny mieć jedwabiste plaże i urodzajne palmy (wiadomo przecież, że palmy są symbolem płodności - nie bez kozery na wiosnę spryskujemy je życiodajną wodą). Otóż ostatniego tygodnia mojego pobytu w Galicji pojechałam do takiego miejsca. Pogoda w Santiago nie zachęcała do eskapad, ale czymże jest deszcz dla spragnionego widoku raju wędrowca. No właśnie, opatuleni w swetry wyruszyliśmy do Vigo, skąd na Islas Cies zabrał nas prom. Cały czas mżyło i nic nie zapowiadało upałów. Jednak w momencie postawienia stopy na wyspie pojawiło się słońce. To słońce, w kontakcie z którym człowiek nie ma szans, ale dowiaduje się o tym zdecydowanie poniewczasie. Na początku chłonie otaczające go piękno.







          Chodziliśmy po wyspie kilka ładnych godzin, by w końcu dotrzeć do przepięknej plaży. Nie będę odkrywcza, gdy powiem, że piasek na plaży służy do tego, by na nim nieco sobie poleżeć. Ja, niespecjalna wielbicielka plaż, zatopiłam się w miękkich ziarenkach i... oddałam się niepozornej pieszczocie słonecznych promieni. 







          Bóg Słońce jest bezlitosnym bogiem, a kontakt z jego świętością kończy się dla śmiertelników tragicznie. Bóstwo obdarło mnie ze skóry, a ja w szaleńczych próbach uśmierzania cierpienia powaliłam swe obolałe ciało na zimnych hiszpańskich kaflach. Kto wie, co zacz, nie będzie się pytał o konsekwencje. Skutki były tragiczne, tym bardziej, że trudno kurować się w drodze, w którą musiałam się udać, by choć częściowo zrealizować swój plan. Na szczęście w Lugo zaopiekowała się mną pewna osoba, za co chciałam jej tu ciepło (sic!) podziękować.


4 komentarze:

  1. Tam naprawdę jest raj!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale to raj bardzo ukryty za mgłami i wodami. Co więcej, można do niego zajrzeć tylko w określonych porach roku. Ale mimo wszelkich niebezpieczeństw warto :)

      Usuń

Pamiętaj, blog karmi się twoimi komentarzami!
Un blog se alimenta de tus comentarios. ¡Haz uno!
A blog feeds on your comments. Make one!
Un blog nutre i tuoi commenti. Fare uno!
Un blog se nourrit de vos commentaires. Faites un!
Ένα blog τρέφεται με τα σχόλιά σας. Κάντε ένα!
Ein Blog füttert Ihre Kommentare. Machen Sie eins!
ბლოგის ით თქვენი კომენტარი. რათა ერთი!

Smakować życie i świat

Od dawna szukam klucza do swojej opowieści. Nie można opowiadać czyimś językiem, tak samo jak nie da się być na czyimś miejscu. A czy ka...

Copyright © 2014 taken from travel , Blogger