Jerez - miasto słodkiego upojenia


          Plany podróżnicze często ulegają zmianie w samej już drodze. Nawet jeśli ktoś podróżuje tak, jak ja, bez większych wytycznych (byle zdążyć na samolot, bo na pociąg czy autobus już niekoniecznie), to i tak nie uda mu się trafić do wszystkich miejsc, które w swej mglistej wizji podróży zaplanował. Bycie w drodze ma to do siebie, że często w jednej zostaje się dłużej i na inną nie ma już czasu. Pamiętam moment w Sevilli, kiedy musiałam zdecydować, czy odwiedzić Jerez de la Frontera czy Cádiz. Nie pamiętam już z jakiego powodu, ale szczęśliwcem zostało miasteczko mniejsze i jak się okazało... bardziej upojne. Chyba jednak nie mogę stwierdzić, że jedno było bardziej upojne od drugiego, skoro nie dane mi było porównać. Jednak biorąc pod uwagę fakt, że w jednym się upoiłam, a w drugim nie, pozostanę przy tym stwierdzeniu. Tak, Jerez jest miastem upojnym. !O dulce embriaguez!



solera w Jerez de la Frontera



           Jeszcze w Polsce, na wiele miesięcy przed odwiedzeniem tej miejscowości, mój znajomy przykazał mi kilka rzeczy, które muszę zrobić w Hiszpanii. Jedną z nich była degustacja sherry de Jerez. Szczególną amatorką alkoholi raczej nie jestem (choć czerwonego wytrawnego nie zwykłam odmawiać), ale tego dnia dałam się skusić na kilka... lampek. W końcu po to pojechałam do Jerez. Szwendałam się niemal pustymi ulicami. Hmm... to już kolejny raz, gdy ulice, którymi się wałęsam, są wyludnione. I zastanawiam się, czy po prostu trafiam na takie dni, godziny, czy to tylko moje fantasmagorie, bo uwielbiam miasta, które opowiadają swoje historie kamieniami. Trudno to w tej chwili rozstrzygnąć, ale tak patrząc na zdjęcia z mojej wizyty w Jerez, stwierdzam, że chyba mam dar trafiania do danych przestrzeni w czasie, nazwijmy to, świątecznym.
           Przechadzałam się więc uliczkami Jerezu, próbując wybrać odpowiednią bodegę do mojej degustacji. Wybrałam taką, która swoim klimatem trąciła myszką, tzn. miała wszystko, czego trzeba, by poczuć smak tradycji i historii. Może właśnie w takich miejscach obcować można z zaświatem, skoro ponoć hiszpańska sherry przywraca życie umarłym. Usiadłam przy stoliku i powiedziałam z rozbrajającą szczerością, jaki jest cel mojej samotnej wizyty. Nie wiem, czy barmana oczarowało moje wyznanie czy oczy, o których nie omieszkał mi kilka razy wspomnieć, w każdym razie zostałam szczodrze obdarowana trunkową specjalnością z Jerezu. Nawet próbowałam udokumentować ten moment, ale biorąc po uwagę efekty, raczej stan upojenia był już zaawansowany:





 

4 komentarze:

  1. Może niedowidzę, ale na zdjęciu jest chyba sherry (amontillado) a nie brandy. Popijanie brandy de jerez amontillado to juz byłaby ekstrawagancja :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Tak, bystry wzrok dobrze dowidzi:) To sherry oczywiście:) Choć przecież odrobina brandy też tam jest.

    OdpowiedzUsuń
  3. Zgadza się. Postąpiłaś więc zgodnie z dobrą tradycją Kubusia Puchatka :)

    OdpowiedzUsuń
  4. znaczy ukryłam nieco brandy w beczułce po sherry? ;)

    OdpowiedzUsuń

Pamiętaj, blog karmi się twoimi komentarzami!
Un blog se alimenta de tus comentarios. ¡Haz uno!
A blog feeds on your comments. Make one!
Un blog nutre i tuoi commenti. Fare uno!
Un blog se nourrit de vos commentaires. Faites un!
Ein Blog füttert Ihre Kommentare. Machen Sie eins!

Smakować życie i świat

Od dawna szukam klucza do swojej opowieści. Nie można opowiadać czyimś językiem, tak samo jak nie da się być na czyimś miejscu. A czy ka...

Copyright © 2014 taken from travel , Blogger