entre Feliz Navidad y Prospero Año Nuevo

entre Feliz Navidad y Prospero Año Nuevo


          Intensywność w rzeczywistości pozbawia wigoru w kwestiach, do których potrzeba skupienia i samotności. Takie jest pisanie, choćby bloga. Trudno jest wiele przeżywać i dużo pisać. Ale niech to zbilansowanie będzie moim życzeniem dla wszystkich podróżujących i piszących. Wielu wojaży. Choćby palcem po mapie czy pierniczkiem po stole!

















     

To już rok!


          Rok temu napisałam pierwszy post na moim blogu. Była to decyzja spontaniczna i chyba pozytywna, kiedy tak sobie myślę o niej z perspektywy tych dwunastu miesięcy. Na początku entuzjazmowałam się ogromnie i moje pióro było aktywne każdego dnia. Bywały też miesiące zastoju, zwątpienia, braku ochoty czy po prostu najzwyczajniej w świecie tematy nie rwały się same do głowy. Ale prawie sto wpisów powstało. Niektóre z chęcią czytane i komentowane, niektóre mniej lub wcale. Taki los. Niemniej bardzo się cieszę, że blog cieszy się zainteresowaniem, że poznałam wielu wartych poznania ludzi i że mogłam dzielić się z nimi swoimi myślami.


Celtyckie osady w Galicji - castros

Celtyckie osady w Galicji - castros


           Nadal niewiele osób wie, że północ Hiszpanii należy do pochmurnych Celtów. A nawet jeśli się wie o celtyckich korzeniach Galicji czy Asturii, to i tak ta wiedza nie potrafi unieść zaskoczenia, jakie dopada nas w kontakcie z tym rejonem Półwyspu Iberyjskiego. Amatorzy, fanatycy i znawcy nie kryją zdziwienia (zachwytu), kiedy wędrują bujnie zielonymi ścieżkami Ribeira Sacra, północnym szlakiem Camino de Santiago czy trasami wzdłuż Costa da Morte. Wszędzie tam (i nie tylko), nawet nie będąc specjalnie uważnym, można napotkać na swojej drodze przedziwne dla nas osady w kształcie okręgów z małymi kamiennymi kołami wewnątrz. To pozostałości kultury Celtów, którzy przybyli do Iberii pod koniec epoki żelaza wraz ze swoimi zwierzętami i zwyczajami. Galicja stanowiła dla nich doskonałe miejsce wypadowe do dalszych ekspansji terytorialnych. A skoro chodziło o zawłaszczanie kolejnych ziem, trzeba też było bronić tego, co już udało się zdobyć. Dlatego te osady - castros - to nic innego jak fortyfikacje. Usytuowane one były zawsze w strategicznych miejscach, na szczytach wzgórz i otoczone fosą. Od ich nazwy okres 500 lat p.n.e. w północnym regionie Półwyspu Iberyjskiego nazywa się kulturą castros - cultura castreña.
          W samej tylko Galicji, nie mówiąc o Portugalii, Asturii, Kantabrii czy Kraju Basków, zachowało się 45 tego typu osad. Jedną z najokazalszych pozostaje  El Castro de Baroña, ulokowana na wzgórzu na cypelku, z dwoma murami otaczającymi fortyfikację i dwudziestoma siedzibami mieszkalnymi:















Cmentarze na końcu świata

Cmentarze na końcu świata


¿Murió?... Sólo sabemos
que se nos fue por una senda clara,
diciéndonos: Hacedme
un duelo de labores y esperanzas.
Sed buenos y no más, sed lo que he sido
entre vosotros: alma.
Vivid, la vida sigue,
los muertos mueren y las sombras pasan;
lleva quien deja y vive el que ha vivido.
¡Yunques, sonad; enmudeced, campanas!
(Antonio Machado)






      Pochówek jest jednym z najważniejszych przejawów potrzeb duchowych człowieka. Wraz z nim ludzkość znalazła sposób na swą śmiertelność, przeciwstawiła się śmierci i zapomnieniu. Być może dlatego archeologów tak cieszą wszelkie odkrycia świadczące o sposobie chowania zwłok. Każdy lud, plemię inaczej żegnało się ze zmarłymi, w inny sposób pojmowało istotę człowieka i jego rolę w świecie. W zależności od tego, który żywioł mocniej przemawiał do wyobraźni człowieka, ciała palono, grzebano, kremowano... Rodzaje pochówków bynajmniej nie zależały od rozwoju cywilizacyjnego, ale od rodzaju wyobraźni, wrażliwości, duchowości i wierzeń danych społeczności. Ponoć na Półwyspie Iberyjskim we wczesnej epoce żelaza żyły plemiona o stosunkowo zaawansowanej technologii, porzucające swoich zmarłych na pożarcie dzikim zwierzętom. Tak przynajmniej podają rzymskie źródła. A przecież już dużo wcześniej, w neolicie iberyjskim wyróżnia się fazę dołów grobowych (sepulcros de fosa), czyli budowanie wielkich kamieni - megalitów, które służyły za zbiorowe grobowce. Do mogił, które prawie wszystkie wyglądały jednakowo, wkładano podarunki. Niemal w tym samym czasie na terenie obecnej Galicji zapewne dzięki wpływom celtyckim rozwijała się tzw. kultura pól popielnicowych. Ciał nie grzebano w ziemi, ale palono, a popiół umieszczano w urnach. Ten sposób żegnania zmarłych stał się bardzo popularny i dominował w kulturze iberyjskiej w drugiej fazie żelaza. Urny z prochami umieszczano w grobowcach o różnej wielkości i kształcie, co ewidentnie świadczy o rozbudowanej hierarchii społecznej. Z kolei wraz z Fenicjanami na Półwyspie Iberyjskim przyjęło się grzebanie zmarłych. A potem przybyli tu Rzymianie, Arabowie, Żydzi, Chrześcijanie - wszyscy ze swoimi zwyczajami i obrzędami.
          A ja dziś zapraszam na mały spacer po galisyjskich cmentarzach gdzieś na końcu ziemi. Zdjęcia były wykonywane przez mnie i moich współtowarzyszy podczas kilku różnych podróży. Trudno mi teraz określić autorstwo poszczególnych fotografii, ale zamieszczam je ku wiedzy i refleksji.











Santiagowska słodkość - tarta de almendras

Santiagowska słodkość - tarta de almendras



Tarta de Santiago wcale nie w Santiago


          Jest takie ciasto znane w całej Hiszpanii. Jest takie ciasto jadane w całej Galicji. Jest takie ciasto dostępne w każdym zakątku miasta św. Jakuba. Ciasto na cześć i chwałę Santiago de Compostela. Ciasto, które zostało wpisane na listę produktów rolnych oznaczonych wedle pochodzenia geograficznego jako specjalność całej  Wspólnoty Autonomicznej Galicji. Ciasto, którego smaku strzeże wielowiekowa tradycja (ponoć pierwsza wzmianka o tarcie pojawiła się  już w XVI wieku wraz z wizytą  generalnego inkwizytora Pedro de Portocarrero na Uniwersytecie w Santiago) i santiagowski krzyż, będący znakiem Tarty de Almendras od 1924 roku, kiedy to słynna Pasteleria Casa Mora po raz pierwszy przyozdobiła nim swój czołowy wyrób. Obecnie nie sposób rozminąć się z tym przysmakiem, wędrując po średniowiecznym mieście. Podawane jest w każdej restauracji i w każdej cukierni. Tarta de Santiago, Tarta de Almendras! Jego składnikiem podstawowym są mielone migdały, które zastępują mąkę i powinny stanowić aż 33% masy całego ciasta. Chociaż migdały były jadane w Galicji już od czasów antycznych, to właśnie przez ten migdałowy proszek, na który początkowo nie każdy mógł sobie pozwolić, santiagowska tarta uchodziła za towar luksusowy. Z czasem jednak stały się one głównym składnikiem wyrobów cukierniczych w tym regionie. Pierwszy wiarygodny przepis datuje się na rok 1838. Wtedy to w swoich Zeszytach słodyczy Luis Bartolomé de Leybar opublikował wpis o migdałowej tarcie. Najprostszy przepis mówi o 0,5 kg mielonych migdałów, 0,5 kg cukru, 5 jajkach, łyżeczce proszku do pieczenia i łyżce mocnego alkoholu (np. brandy lub słynnego galisyjskiego aguardiente de orujo) wymieszanych razem i pieczonych. Na wierzch obowiązkowo posypać cukrem-pudrem oraz przyozdobić laseczką cynamonu i znakiem santiagowskiego krzyża.



witryna sklepowa w Santiago, foto by Gosia



Mistrz rękodzieła

Mistrz rękodzieła


          Nie, to nie żadna tautologia. Jeśli ktoś robi rękodzieło, wcale nie od razu jest mistrzem. Słowo "dzieło" w tym wypadku nie oznacza "czegoś wyjątkowego", żadnej "sztuki", ale w swej etymologii odnosi się  do najzwyczajniejszego w świecie wszelkiego rodzaju "działania". Zatem ten, kto działa sobie ręką, niekoniecznie działa nią sobie na miarę dzieła. Z panem w Almeríi było jednak zupełnie inaczej. Rękodzielnik okazał się mistrzem. Wprawdzie może nie mistrzem swego rękodzieła, ale z pewnością scenografii i urokliwego sposobu bycia, który kazał mu wierzyć, że wystawia na sprzedaż najcenniejsze przedmioty świata. Rozkładał swoje cudeńka w samym środku andaluzyjskiej zimy (bagatela ponad 20 stopni) na pięknej plaży w taki sposób, że nie dało się przejść obok bez zwrócenia uwagi na ten wyborny stragan. Było coś magicznego w sposobie ekspozycji, dobraniu kolorów wyrobów do otaczającego piasku, morza, powietrza. Wszystko wydawało się tak subtelne, ulotne jak delikatny, choć czasem też dość zaczepny wiatr. Pan rękodzielnik stworzył wystawę niczym w muzeum, której nie należało zbyt intensywnie dotykać, a jedynie przyglądać się jej w zachwycie. Bo jak się okazywało przy najmniejszej demonstracji, rękodzielnik używał w swej pracy wyjątkowo delikatnych materiałów. Wszystko było babiego lata nićmi szyte...













rękodzieło na plaży w Almeríi


Tortilla de patata – fritata

Tortilla de patata – fritata


Uwaga, uwaga, uwaga! Udało się! Zrobiłam piękną i pyszną tortillę hiszpańską. Nie to, żebym się jakoś specjalnie chwaliła, po prostu miałam dobry przepis i wielką ochotę. 



tortilla de patatas










W Polsce słowo tortilla kojarzy się nadal z meksykańską cienką matą, trzeba więc jakoś dopowiadać, co ma się na myśli. Mówimy zatem: tortilla hiszpańska, tortilla de patata, tortilla ziemniaczana, a nawet, jak widziałam ostatnio w pewnym filmie, frittata ziemniaczana. Trzeba przyznać, że tłumacz miał fantazję. Stworzył (czy raczej zapożyczył z języka włoskiego) wyraz, który bynajmniej nie ułatwiłby zrozumienia odbiorcy bez znajomości hiszpańskiego. Frittata, czyli coś smażonego (od hiszp. freír  - smażyć, frito - smażony). Wychodzi na to, że frittata to po protu jakaś  zasmażanka, zapiekanka. Oczywiście kuchnia śródziemnomorska zna potrawę o tej właśnie nazwie, krewniaczkę polskiej jajecznicy i francuskiego omletu, i do niej zapewne nawiązywał tłumacz, ale ta zamiast ziemniaczanym, szczyci się głównie makaroniarskim wnętrzem. Wyraz pochodzi z wł. friggere, czyli po prostu smażyć. Więc znów zwał, jak zwał, ważne, że jest smaczne.
Chodzi o tę piękną scenę w filmie Biutiuful, w której ojciec (Javier Bardem) wyczarowuje na talerzu kiełbaski, hamburgery i właśnie tortillę ziemniaczaną. Niestety ta wersja jest oryginalna, ale zachęcam do obejrzenia wersji z napisami.

http://www.youtube.com/watch?v=5MOOMKOojPs&feature=youtu.be




Podróż do granic...

Podróż do granic...


            Piękny to tytuł i piękna książka jednej z moich ulubionych pisarek. Wprawdzie niewiele w niej o Hiszpanii, ale wiele o podróżowaniu. O podróżowaniu trochę dalej niż na plażę i nieco głębiej niż pod wodę. Wczoraj po kilku latach znów zajrzałam do tej małej książeczki i natknęłam się na niegdyś zaznaczony fragment:
Nakładanie się czasu na przestrzeń, ich zrastanie się we wspólny czasoprzestrzenny wymiar to poczucie najsilniej doznawane w drodze. "Morza czarne i martwe" dzielą ludzi siedzących przy tym samym stole, ale więcej niż morza dzieli od świata podróżników, wiecznych wędrowców,dla których pielgrzymka jest życiem i sensem życia, obowiązkiem i powołaniem. Gdy podróżnikiem jest artysta, jego droga pokrywa się z procesem twórczym i w tym sensie biegnie przez sam środek istnienia.
Ale czyż pielgrzyma nie jest w ogóle powołaniem człowieka? U źródła myśli o sztuce jako drodze tkwi idea życia jako wędrówki stanowiąca, szczególnie w kulturze śródziemnomorskiej, podstawę wszelkich mitów, systemów moralnych i dzieł artystycznych. Ideę tę ucieleśnia rozgałęziająca się litera Y i postać człowieka na rozstajach.

             Od razu przeszukałam w myślach swoje albumy ze zdjęciami z podróży i znalazłam taki obraz. Zdjęty niemal dokładnie u kresu kontynentu, na granicy kultur europejskiej i arabskiej, na samym dole Półwyspu Iberyjskiego, w samym jego końcu. Pokraczny Y i ja na rozstaju...


 Almeria


Altea

Altea


            Jak to chyba już mam w zwyczaju, do małych miasteczek udaję się zwykle w poniedziałki. Tak było już z opisywaną przeze mnie Frigilianą czy choćby z Certaldo i tak będzie w jeszcze nie wspominanym przeze mnie Mojacarze. Poniedziałek jest bodaj najmniej turystycznym dniem, czego oczywiście w wielkich metropoliach zauważyć się nie da, ale w pomniejszych mieścinach ta zasada ma zasadniczy wpływ na gęstość tymczasowego zaludnienia. Więc włóczę się poniedziałkami po pustych uliczkach i dziwię w zachwycie, jak też tam spokojnie i uroczo. Podobnie było w Altei - miejscowości, od której nazwę zaczerpnęła pewna firma - Sociedad Española de Automobiles de Turismo - dla jednego ze swoich cudownych dzieci. Altea kojarzy się więc najczęściej z tą znaną hiszpańską marką (oczywiście nie chcę tu robić żadnej motoryzacyjnej reklamy, no chyba, że ta sociedad miałaby jakiś szczególnie hojny gest). Dla jednych Altea to samochód,a dla innych przeurocze miasteczko położone nieco na północ od Alicante, w okolicach wypoczynkowej miejscowości Benidorm. Dla mnie zdecydowanie to drugie.
          Już sama droga z Alicante do Altei (w specjalnym tramwaju) jest prosta, przyjemna i zaspokajająca wizualne gusta podróżującego. A co dopiero mówić o radości spacerowania po samym miasteczku. Pustym oczywiście, choć nie do końca.



























          Spędziłam w Altei kilka godzin, sporo czasu grzejąc się jesiennym słońcem i pijąc kawę na głównym rynku miasteczka. Kiedy skończyłam i wstałam, zbierając się do odejścia, ktoś z sąsiedniego stolika pomachał mi i powiedział: Adiós! Odpowiedziałam i udałam się spacerkiem na stację. Do dojazdu najbliższego tramwaju zostało jeszcze pół godziny, co wykorzystałam niezbyt mądrze na rozmyślaniach. Z natłoku myśli wyrwał mnie głos: eres polaca? (jesteś Polką?). Skąd to wiesz - zapytałam nieco zdziwiona, bo ani przez chwilę w ciągu ostatnich kilku godzin ust nie otworzyłam (no może poza zamówieniem kawy i tego zdawkowego adiós). Po oczach? - drążyłam dalej. Nie - odpowiedział - po spojrzeniu.






           Może i niezły to tekst na zaczepkę, bo i nasze spotkanie potrwało o wiele dłużej niż jazda pociągiem, z którego wysiedliśmy wcześniej niż by na to wskazywało miejsce docelowe naszej podróży, by pospacerować jeszcze po wieczornym Benidorm. Pan był przedziwny, o Polsce, świecie, Hiszpanii, Portugalii, zabytkach, klasztorach, książkach, symbolice, historii, masonerii, papieżach i sprawach diabelskich wiedział wszystko. 


 
elegancko przez wiek dojrzały

elegancko przez wiek dojrzały


          Wyobraźcie sobie przez moment polską kawiarnię. Kto w niej zazwyczaj przebywa? Młodzi, piękni i bogaci. Lub nieco mniej piękni i bogaci, ale nadal niezbyt starzy. A jeśli już ci kawiarniani bywalcy trochę lat mają na karku, to raczej płcią piękną nie są. Nie ma się tu czemu specjalnie dziwić, przestrzeń kawiarniana od zawsze była miejscem znaczonym masculinum. W Hiszpanii, kraju macho, zaobserwować można wyjątkowo karykaturalne obrazki. Cudownie oddają to sceny kawiarniane w Tristanie Luísa Buñuela, gdzie nie pojawia się ani jedna kobieta w tym męskim miejscu spotkań. W Ulu Mario Camusa jest już nieco lepiej. Od czasu do czasu przy stoliku dostrzec można postać kobiecą:




          Jest to zazwyczaj kobieta w podeszłym już wieku, ale nadal zadbana i elegancka. Współcześnie takie właśnie panie szczególnie rzucają się w oczy w hiszpańskich miastach. Może dlatego szczególnie zwracam na nie uwagę, że ich polskie rówieśniczki w zdecydowanej większości skazane są na banicję w swoich czterech ścianach, za które powinny być wdzięczne? Hiszpańskie starsze panie często i śmiało spotykają się na mieście, spacerują ulicami i jedzą ciastka w kawiarniach. Są ładnie uczesane, pomalowane, elegancko ubrane i wyprostowane. Na emeryturze nie muszą już dźwigać nazbyt wielu garbów. Mając wreszcie trochę czasu dla siebie, sięgają po to, co dobre i przyjemne:








W drodze na kawę wyglądają mniej więcej tak:




Z utęsknieniem czekam na takie widoki w Polsce...


Między Almerią a Alicante

Między Almerią a Alicante



Lubię oglądać mijany krajobraz przez szybę pociągu. Pamiętam, największych doznań (nieco wzniosłych, skłaniających do refleksji nad zagubieniem człowieka w czasoprzestrzeni) dostarczały mi wielo-, wielogodzinne podróże po ukraińskich stepach. W szczególności gapienie się z końca ostatniego wagonu na zostawiane za mną melancholijne tory. Lubię również oglądać świat zza czystych szyb autokarów. Podczas takiej drogi trzeba zawsze mieć aparat pod ręką, choć i tak nazbyt często widziany zaledwie przez ułamek sekundy widok umyka.

Dziś kilka uchwyconych obrazków z trasy pomiędzy Almeríą a Alicante, gdzieś w okolicach Lorki. Miasteczka, które niedługo po mojej ostatniej wizycie w Hiszpanii, szczególnie ucierpiało podczas wiosennych trzęsień ziemi. Zrobiło mi się dziwnie smutno, usłyszawszy o tej tragedii. Byłam przecież tak blisko tego miejsca, a jednak się w nim nie zatrzymałam. Teraz jest już przecież zupełnie inne. Zaglądanie do różnych miejsc, podróżowanie w ogóle, jest w gruncie rzeczy doświadczeniem tego samego rodzaju straty, której doznaje się podczas zerkania przez szybę pędzącego pojazdu. Wszystko jest nam dane tylko na chwilę.




Spain / February 2011





Spain / February 2011





Spain / February 2011


















skała jaka jest, każdy widzi

skała jaka jest, każdy widzi

          Co kraj, to obyczaj - mówią. Co, kraj, to krajobraz. Co natura, to postura. Co w duszy, to i... no gdzie? Może w przyrodzie. Może Matka Ziemia czuje podskórnie, co kto lubi. A może właśnie lubimy to, co ona nam daje. Nieistotne to wprawdzie, chociaż gdyby podążyć trochę tym tropem, czyli wzajemnymi zależnościami ludzi i ich otoczenia, można by dojść do smutnych dla Polaków wniosków. Weźmy choćby skały i ich kształty. Naszą największą dumą jest Maczuga Herkulesa. Potężna to skała, niezwykła, emanująca siłą i odsyłająca naszą wyobraźnię do prahistorycznych wyobrażeń o władzy zdobywanej przemocą. Nieco inaczej się sprawa przedstawia w Hiszpanii. W samym południowo-wschodnim koniuszku Półwyspu Iberyjskiego, na Cabo de Gata, z morza również wydobywa się tajemniczy obiekt. Również prężny, również władczy, również rozpalający wyobraźnię i również wzmagający pierwotne instynkty. A jednak...



Cabo de Gata











           Dokładnie na przeciwległym krańcu świata, po przekątnej całej Hiszpanii, na Costa da Morte spoczywa sobie taka oto niepozorna skała. Nie pręży się bezwstydnie jak te południowe, ale z cierpliwością, acz w gotowości, czeka aż ktoś dostrzeże jej urok. Nie jest t trudne, bo choć skała ta nienachalna, nie kryje się ze swoimi potrzebami:



Costa da Morte,
Muxía


            Kiedyś podczas swoich ukraińskich wojaży również napotkałam wielką skałę, która nie chciała dać się wtopić w otoczenie i dumnie prężyła swe wdzięki. Była potężniejsza od tej hiszpańskiej i lubiła stawać na podwyższeniu. Być może miała ku temu powody. Oceńcie sami:


Dolina Przywidzeń', Krym




           Im bardziej się zastanawiam, tym bardziej dochodzę do przekonania, że ze skał można wróżyć jak z dłoni i badać charakter narodu niczym charakter człowieka na podstawie jego rysów twarzy, jak tego chce fizjonomika. W każdym razie, jedno jest pewne: każdy kraj ma takie skały, na jakie zasłużył...



wietrzna Saragossa - la ciudad del viento

wietrzna Saragossa - la ciudad del viento


          Nie mogę sobie teraz przypomnieć, czy Potocki pisał coś o nieznośnym wietrze w Saragossie. Czytałam jego powieść dość dawno i zupełnie takiej informacji nie mogę wydobyć ze swojej pamięci. Pamiętam natomiast doskonale zapach gorącej, gęstej czekolady pitej przez bohaterów Rękopisu. Czemu ja, przemierzając Saragossę, nie skusiłam się na ten hiszpański przysmak? No cóż, po prostu chyba wolę kawę.


Gran Cafe Zaragoza
          Kawa smakowana w pięknej, bodaj najstarszej saragossańskiej kawiarence jest podwójną przyjemnością. Tym bardziej, że tę rozkoszną chwilę poprzedzały długie mniej przyjazne dla ciała godziny. Droga z lotniska do Saragossy była dla mnie prawdziwą męczarnią. Długa, kręta, prowadząca przez betonowe osiedla magazynów. Zza szyby autobusy widać było tylko maleńkie nieporadne drzewko smagane potężnym wiatrem. O potędze tegoż przekonałam się szybko na własnej głowie, wysiadając z pojazdu i udając się na stację. Moje pierwsze wrażenia z Saragossy były dojmujące. Zawroty głowy, urwanie głowy i wszechotaczająca pustka. Wyludniony przeogromny dworzec, żadnego pociągu, żadnego człowieka i tylko jedna kawiarenka na końcu holu. Weszłam i zapytałam: czy ten wiatr to tak zawsze tu wieje. Pan się uśmiechnął i odpowiedział: zawsze. Jak się później okazało, nie miał racji.

dworzec w Saragossie


          Zanim jednak doświadczyłam nieco łagodniejszego dla uszu podmuchu, przewiało mnie na wskroś i na wylot. I aż mi trudno teraz uwierzyć we własne słowa, kiedy patrzę na zdjęcia, które wtedy robiłam. Chciałam uchwycić ten wiatr, ale na próżno. Wszystko w tym mieście stoi prężnie i z dumą opiera się nieprzychylnym wiatrom: strzeliste wieże bazyliki Nuestra Señora del Pilar, most ze skały (Puente de Piedra), dziarska postać Goi... I tylko na szczytach El Palacio de La Aljafería widać tę siłą wojującą w powietrzu, łamiącą w pół mocne hiszpańskie flagi:


El Palacio de La Aljafería


          Żywioły hiszpańskie słyną ze swych ponadprzeciętnych zdolności. Wszystkie mącą człowiekowi  w głowie, bez względu na to, czy jest to galisyjska woda, andaluzyjski ognisty żar, czy aragońskie wichry. Jeśli chce się zachować zdrowy rozsądek (czy jakikolwiek rozsądek), lepiej nie wjeżdżać na teren tego kraju.
Saragossa, stolica Aragonii, jest ziemią wiatrów północy. Jej element centralny stanowi właśnie ten wiatr - cierzo - który doprowadza do obłędu. To on charakteryzuje miasto i wywołuje szaleństwo (‘Tierra de cierzo’ tiene como elemento central, como hilo conductor que diría Gabino Diego, el cierzo, ese viento enloquecido que caracteriza la ciudad y produce la locura). W tekście Antona Castro czytamy:
          El cierzo barre y crea, crea y barre, dice Pedro Andreu. El cierzo es especial, conforma un carácter, un modo de ser y de cantar. El cierzo airea las ideas y la cabeza. Zaragoza es tierra de cierzo, es la ciudad del viento y un espacio eminentemente musical, donde ha habido “grandes valores, grandes intérpretes, grandes estilos, grandes ideas”, tal como resume Santi Rex...
          "wiatr północy zmiata i stwarza, stwarza i zmiata, mówi Pedro Andreu. Wiatr północny jest wyjątkowy, znamionuje charakter, sposób bycia i śpiewania. Wiatr północny wietrzy pomysły i głowę. Saragossa jest  wietrznym miastem,  ziemią wiatrów północy i wybitnie muzycznej przestrzeni, pełnej "wielkich wartości, wielkich interpretatorów, wielkich stylów, wielkich idei" - tak, jak to podsumowuje Santi Rex..."


 
trzeba jechać na południe

trzeba jechać na południe


          Pisałam ostatnio o Andaluzji Federica Garcii Lorki. Andaluzji folklorystycznej, mrocznej, tradycyjnej i tradycjonalistycznej. Lorka zasłynął swoim odmiennym światopoglądem: był republikaninem, homoseksualistą, obrońcą praw kobiet i być może został zamordowany właśnie za jedno ze swoich największych dzieł, za Dom Bernardy Alby. W dramacie tym w subtelny, ale dobitny sposób ukazał przekleństwo i zmorę kobiet żyjących pod jarzmem skrajnie patriarchalnej i pruderyjnej kultury południa Hiszpanii.
           W tym samym jednak czasie, kiedy hiszpańskie kobiety posłusznie opuszczały swe spojrzenia, mężczyźni cieszyli oczy tańczącymi cygankami i wspólnie z nimi tworzyli obraz Andaluzji pełnej seksu, pożądania, zabawy... Szybko rozniosła się fama o doskonałych kochankach o śniadej cerze i uwodzącym spojrzeniu, a białogłowy z północy zaczęły udawać się w poszukiwaniu gorącej krwi i upojnych nocy właśnie tam. Im niżej, tym lepiej, tym cieplej, tym goręcej, tym upojniej. I mimo ostrych restrykcji obyczajowych generała Franco do Hiszpanii przybywali spragnieni gorącego słońca i kochanków. Sprzyjała temu wszechobecna w latach 60 i 70-tych rewolucja seksualna. Powszechność tego zjawiska sprawiała, że nie przebierano w środkach wyrazu. Wszystko przejdzie, byleby był w tym seks. Największym hitem w Hiszpanii stała się piosenka Raffaelli Carrà Hay que venir al sur. Połączenie disco z hiszpańską gitarą dało wpadający w ucho i zapadający w pamięci zabawny utwór:





Por si acaso se acaba el mundo todo el tiempo he de aprovechar,
corazón de vagabundo voy buscando mi libertad
he viajado por la tierra
y me he dado cuenta de que donde no hay odio ni guerra
el amor se convierte en rey

Tuve muchas experiencias
y he llegado a la conclusión
que perdida la inocencia en el Sur se pasa mejor

Para hacer bien el amor hay que venir al sur
para hacer bien el amor e ir donde estas tu
sin amantes! quien se puede consolar
sin amantes! esta vida es infernal

Para hacer bien el amor hay que venir al sur
lo importante es que lo hagas con quien quieras tu...
y si te deja no lo pienses mas....
búscate otro mas bueno vuélvete a enamorar

Todos dicen que el amor es amigo de la locura.
Pero a mi que ya estoy loca, es lo único que me cura
Cuantas veces la inconciencia
rompe con la vulgaridad, venceremos resistencias
para amarnos cada vez mas




(na wszelki wypadek, gdyby świat się skończył, cały czas korzystam
serce wagabundy, idę szukać mojej wolności
podróżowałam po ziemi
i zauważyłam, że gdzie nie ma nienawiści ani wojny
miłość staje się królem

miałam wiele doświadczeń
i doszłam do wniosku, 
że utrata niewinności najlepiej wychodzi na Południu

aby dobrze się kochać, trzeba przyjechać na Południe
aby dobrze się kochać i iść, gdzie jesteś tu
bez kochanków! któż może się pocieszyć
bez kochanków! to życie to piekło
aby dobrze się kochać, trzeba przyjechać na Południe
ważne jest, byś to zrobił z kim Ty sam chcesz 
a jeśli cię zostawi, nie myśl o nim więcej
poszukaj sobie lepszego, znów się zakochaj

wszyscy mówią, że miłość jest przyjacielem szaleństwa,
ale dla mnie, że już jestem szalona, jest to jedyne, co mnie leczy
ile razy utrata świadomości (zamroczenie) 
niszczy wulgarność, przełamiemy opory,
żeby kochać się coraz bardziej)


Zatem dokąd się teraz wybieramy?  ;)

 

Federico Garcia Lorca - największy interpretator Andaluzji

Federico Garcia Lorca - największy interpretator Andaluzji


        W pewnym eseju o Lorce przeczytałam, że "Andaluzja istnieje po to, by Lorca mógł ją interpretować, a Lorca interpretuje ją po to, by mogła istnieć". Kiedy w 1922 roku młodziutki wówczas poeta recytował swoje wiersze, stało się jasne, że Andaluzja zyskała największego i najzdolniejszego piewcę. Lorca tworzył w wielu materiach i chociaż w każdej z nich ocierał się o Andaluzję, to jednak najsilniej i najpełniej rysuje się ona w jego poezji. W pierwszych dwóch tomach podkreślił jej cygańską naturę - folklorystyczną, pierwotną, baśniową, barwną, dziką, szaloną, odważną, honorową. Andaluzja Lorki zachwyca i przyciąga swoim ciemnym urokiem. Daleko jej do radosnej, półrefleksyjnej Andaluzji, jaką chciałby widzieć reżim frankistowski i współczesna popkultura. Urok kraju Lorki kryje się w los sonidos negros, w czarnych, mrocznych dźwiękach, które wydobywają się z gardeł pieśniarzy flamenco


Federico Garcia Lorca, niestety nie wiem, kto jest autorem zdjęcia.


         Lorca jest największym piewcą kultury flamenco, tej pesymistycznej, refleksyjnej, opętanej ciemnym natchnieniem, którą wyraża cante jondo - pieśń głęboka, pieśń wielka. Pierwotna pieśń ziemi andaluzyjskiej, w której skrywają się największe namiętności i pasje, najpotężniejsze uczucia i doświadczenia gitanos. I chociaż Lorca Cyganem nie był, to właśnie on oddał istotę flamenco najpiękniej. Podjął się opisania tego, co "każdy czuje, ale czego jeszcze żaden filozof nie zdefiniował". W trzech  tekstach teoretycznych (z których zachowały się dwa: Arquitectura del cante jondo i Teoria y juego del duende) spróbował uchwycić tego ducha ziemi, który "przeskoczył z misteriów greckich na tancerki z Kadyksu", tego mrocznego ducha wałęsającego się po drogach Andaluzji, przynoszącego niepokój i natchnienie. Duende - ów duch opętujący wszystkich wielkich Hiszpanów, niesie ze sobą świadomość śmierci, sakralnego rytuału, w którym doświadcza się tego, co telluryczne i przesiąknięte krwią. Świadomość andaluzyjska odznacza się głębokim zrozumieniem śmierci, stąd zawodzące flamenco i brawurowe, krwawe corridy. Bez śmierci nie da się zrozumieć Hiszpanii, a sam Lorca napisał, że "nigdzie indziej trup nie jest tak żywy jak w Hiszpanii".



dom Lorki w Granadzie, obecnie muzeum

         Lorca wydał dwa tomy poezji inspirowane pieśniami flamenco: Poema del Cante Jondo i Romancero gitano. Wiele z tych tekstów stało się inspiracją dla późniejszych twórców flamenco. Najsłynniejszym bodaj utworem Lorki jest Romance sonambulo, zaczynający się słowami: "verde que te quiero verde...




Po deszczach Iberii

Po deszczach Iberii



Od kilkunastu dni czekam, by napisać post kontrastujący upały Polski i deszcze Hiszpanii. Niestety słońca w Polsce doczekać się nie mogę. Dziś znów wiatry i deszcze. Zupełnie tak samo, jak w samym południowo-wschodnim zakątku Hiszpanii, który był ostatnim miejscem na mapie Półwyspu Iberyjskiego, który odwiedziłam. Cabo de Gata - przepiękny rezerwat przyrody. Najcieplejsze miejsce w Europie, gdzie odnotowuje się około ośmiu dni deszczowych w roku. I ja, właśnie ja, miałam tę wyjątkową okazję zobaczyć Cabo de Gata w odmiennej aurze. Pero a pesar de todo gracias a ti, Jesusisco, que me llevaste alli!



Cabo de Gata



Cabo de Gata, foto by Jesus



Świadczyć to może tylko o tym, że Polak i przed szkodą i po szkodzie taki sam. Wielokrotnie już przecież napotykałam deszcz tam, gdzie rzadko bywa. Nie wspomnę po raz setny o całej Galicji, ale było tak jeszcze i w wiecznie słonecznej Andaluzji, i w portugalskim Algarve, kiedy to jadąc na inny koniuszek Iberii, zastał nas błogi stan użyźniający ziemię. Jedne z najpiękniejszych plaż Europy malowały mi się tak:



Algarve, Portugal / April 2009




Algarve, Portugal / April, 2009 / fot. by Alexander






Galicja - tam, gdzie deszcz jest sztuką

Galicja - tam, gdzie deszcz jest sztuką

  

Deszcz pada cicho i bezustannie, pada niechętnie, acz z bezbrzeżną cierpliwością, wiecznie jednakowo, pada na ziemię, która ma ten sam kolor co niebo, między bladą zielenią a bladopopielatą szarością, i linia gór jest już od dawna zatarta.
- Od wielu godzin?
- Nie, od wielu lat. 
(Llueve mansamente y sin parar, llueve sin ganas pero con una infinita paciencia, como toda la vida, llueve sobre la tierra que es del mismo color que el cielo, entre blando verde y blando gris ceniciento, y la raya del monte lleva ya mucho tiempo borrada.
- ?Muchas horas?
- No, muchos anos.)

Tymi słowami zaczyna się fascynująca powieść Camilo Jose Celi opowiadająca historie setek bohaterów, których nawet sam autor nie mógł spamiętać. Mazurek dla dwóch nieboszczyków - opowieść o melancholijnej Galicji, gdzie deszcz pada bezustannie. Kto tam był, nigdy nie zapomni kropel stukających o bruk, parapety, dachy, parasole, głowy... Jednak Galisyjczycy dostrzegają w deszczu coś więcej niż tylko stan atmosferyczny. Zwykli oni przedstawiać swą ziemię jako to miejsce, gdzie deszcz jest sztuką: Galicia - donde la lluvia es arte y Dios se echó a descansar - można usłyszeć w piosence zespołu Siniestro Total.


Miña terra galega, donde el cielo es siempre gris
miña terra galega, es duro estar lejos de ti
Donde se quejan los pinos y se escuchan alalás
donde la lluvia es arte y Dios se echó a descansar 
(Moja galisyjska ziemio, gdzie niebo zawsze jest szare
moja galisyjska ziemio, jest ciężko być z dala od ciebie
gdzie skarżą się sosny i słuchają alalás - pieśni ludowe z północy Hiszpanii
gdzie deszcz jest sztuką, a Bóg poszedł sobie odpocząć) 
 

Santiago / katedra w deszczu, foto by Ania
 


W muzeum GaliciaDixital, gdzie można odbyć wirtualny spacer po Santiago de Compostela i całej Galicji, gości wita się szczególną niespodzianką. Powiem tylko, że warto stanąć dokładnie w samym centrum podestu, by na własnej skórze poczuć istotę tego regionu. Realizacja wizyty w wirtualnym muzeum jest rewelacyjnym pomysłem na wyróżnienie Galicji spośród reszty prowincji autonomicznych i zburzenie stereotypowego wyobrażenia na temat wiecznie upalnej i słonecznej Hiszpanii. Dzięki deszczowi północna część Półwyspu Iberyjskiego jest wiecznie zielona i żywa, kipi kolorami, intensywnością mimo bladopopielatej szarości nieba.




deszczowe chmury nad Santiago


Mam nieodparte wrażenie, że od kilku dni Bóg odpoczywa sobie w Polsce. Galicjo! Nie jesteś zazdrosna?

3 lipca 2011
festiwal dobrego smaku

festiwal dobrego smaku


          Mija właśnie najsmaczniejszy łódzki weekend w całym roku. Łodzianie mieli rzadką okazję posmakowania skrzydełek i nóżek na szesnaście różnych sposobów. Festiwal Dobrego Smaku, który już po raz ósmy raczył podniebienia degustatorów, przypominał w swej formie słynne Rutas de la Tapa.  Hiszpańskie festiwale smaku są przyjemnością znaną niemal w każdym mieście i cieszą się ogromną popularnością wśród wszystkich mieszkańców. Ale w sumie, jak tu nie cieszyć się specjalnymi daniami serwowanymi z fantazją i za symboliczną cenę?! W Łodzi również degustowaliśmy dania o mniejszej objętości, za to o wyrafinowanym smaku (nie w każdym przypadku, ale z pewnością smakosze się nie zawiedli). W porównaniu z cenami hiszpańskich dań podczas Ruta de la Tapa, ceny łódzkie nie były specjalnie niskie, ale i tak zachęcające do kosztowania. (Dla przykładu: cena dania w Łodzi - 10 zł, cena w Hiszpanii - 2,5 euro, ale w tym wino lub inny napój. Dodawszy aspekt zarobków, Festiwal Dobrego Smaku nadal nie jest świętem powszechnym - a szkoda!). Na korzyść łódzkiego festiwalu przemawia jednak to, że organizatorzy nie ograniczyli się tylko do propozycji degustowania potraw, ale wzbogacili to wydarzenie o różnego rodzaju pokazy, prezentacje, warsztaty,  koncert oraz grę miejską. Dodatkowym atutem była koincydencja czasowa Festiwalu Dobrego Smaku z Festiwalem Kawy, a że jestem kawoszką, bez kawy obyć się nie mogę, a już na pewno nie podczas takiego święta, jakim jest ten festiwal. Szkoda tylko, że my (w Polsce, w Łodzi) płacimy za kawę rzekomo symbolicznie tylko trzy dni w roku, podczas gdy Hiszpanie płacą tyle na co dzień. Ciągle się zastanawiam, czemu kawa w Polsce jest tak droga? Czy nadal uchodzi za towar luksusowy? Przecież nawet we Włoszech espresso rzadko przekracza cenę jednego euro).

          W każdym razie w obu przypadkach - festiwalu czy ruty - restauracjom i kawiarniom chodzi o przekonanie do swojego smaku jak największej ilości gości oraz oczywiście o wygranie konkursu na najlepszy gastronomiczny lokal. Ja również dokonałam wyboru, chociaż z szesnastu dań Festiwalu Dobrego Smaku w Łodzi udało mi się skosztować zaledwie siedmiu. Zdecydowanie optuję za wydłużeniem przyszłorocznego festiwalowego czasu do co najmniej tygodnia.

Oto moje restauracyjne typy:
1. Restauracja Sofa za trójelementowe, wielosmakowe i wyszukane danie. Mimo ponad godzinnego oczekiwania, ta potrawa była doskonałym zwieńczeniem Festiwalu. Ogromny plus za misterność przygotowania tej wieloskładnikowej potrawy oraz bardzo miłą obsługę.


danie w Sofie
(roladka z nóżki z udka kurczaka otulona musem drobiowo podgrzybkowym podana na marmoladzie z cykorii i piance czosnkowej w asyście sakiewki z ciasta filio z serem roquefort)


2. Restauracja Cammino za doskonały sos (ale cóż w nim było?), który zmienił na zawsze moje smakowe wyobrażenie drobiu Ogromny plus za przemiłą i profesjonalną obsługę oraz specjalne podziękowania dla szefa kuchni, który osobiście podał danie i uraczył mnie miłą rozmową (ale już pewnie nie pamięta, bo takich pogawędek musiał odbyć wiele)


danie w Cammino
(wspomnienie z lazurowego wybrzeża)


3. Restauracja Ato Sushi za doskonałą kompozycję smaków: kurczak, tamago (jak się dowiedziałam, to ma w sobie alkohol: choya lub też sake), krem balsamiczny i mandarynki - pyszne! Również tutaj doskonała obsługa. I coś w tym musi być, że jedzenie lepiej smakuje, gdy jest serdecznie i ładnie podane.


danie w Ato Sushi
(kurza nóżka pieczona po koreańsku zawinięta w tamago podawana z salsą mandarynkową)


          A hiszpańską Rutę de la Tapa odbyłam w lutym tego roku w Cartagenie. Było pysznie, tanio i upojnie, (bo wino i brak samochodu). Tegoroczna kartageńska przechadzka po smakach odbywała się dopiero po raz czwarty, ale widać było, że na stałe wpisała się w harmonogram rocznych przyjemności miasta. Miłe było  chociażby popijanie wina ze specjalnie na tę okazję przygotowanych szklaneczek.




A z dań festiwalowych, które miałam okazję skosztować (nie było ich wiele, ponieważ trafiłam tylko na jeden dzień), to to na zdjęciu poniżej. Proszę się przypatrzeć, ponieważ środek tej śmiesznej kanapeczki to również właściciel skrzydełka i nóżki:


danie w Pastelerii Kuss (sorpresa de pollo con salsa de naranja y crujiente de sesamo - kurczakowa niespodzianka z sosem z pomarańczy i kruchym ciastem sezamowym)


oraz to, zaproponowane przez z krwi i kości Kartagińczyka, więc złe być nie mogło:


danie w Podasa Jamaica (pastel de montana a la crema de setas - pasztet górski w sosie grzybowym)


          Na koniec jeszcze mapka IV Ruta de la Tapa de Cartagena 2011. Nietrudno zauważyć, że Hiszpanie robią takie kulinarne święta z ogromnym rozmachem. W festiwalu trwającym dwa tygodnie brało udział 38 barów, a przecież samo miasto ma zaledwie 200 tys. mieszkańców.






          Mapka ze stempelkami, które dostaje się przy zakupie dania, ma o tyle sens, że bierze pod uwagę jako taką wiarygodność głosów. Zagłosować mógł tylko ktoś, kto zebrał przynajmniej 6 pieczątek. W jakiś sposób takie reguły odstraszały nieco chcących jedynie głosować na swoją zaprzyjaźnioną restaurację bez uprzedniego skosztowania również dań z innych miejsc. Może jest to również wskazówka dla przyszłej łódzkiej edycji.




Smakować życie i świat

Od dawna szukam klucza do swojej opowieści. Nie można opowiadać czyimś językiem, tak samo jak nie da się być na czyimś miejscu. A czy ka...

Copyright © 2014 taken from travel , Blogger