stycznia 30, 2011

reisefieber



 
Almería



Almería



Alicante


stycznia 24, 2011

Szlakiem hiszpańskich latarni


          Goethe na łożu śmierci ponoć błagał o mehr licht. Można domyślić się, że chodziło mu o prostą potrzebę ujrzenia odrobiny dziennego światła, którego z pewnością szczędzono choremu. Interpretuje się jednak te słowa przede wszystkim jako swego rodzaju motto pisarza i jako przesłanie do potomnych, by kierowali się oświeconym rozumem. Oczywiście światło samo w sobie ma moc demoniczną. Jest tak cenne, że za jego niesienie zostaje się upadłym aniołem lub cierpi się prometejskie katusze. Jego użycie sprowadza ludzi na drogę buntu przeciw Bogu i bogom, co wiąże się z wiecznym cierpieniem i ciągłym niezaspokojeniem. Jednak sięgnięcie po ten boski atrybut jest pokusą nie do odparcia. Powiedziałabym nawet, że podobną tej, której zawsze ulegam, będąc w drodze, w niemal każdym mieście. Pokusa uchwycenia nosiciela światła, ujrzenia wcielenia buntu. Być może to właśnie lucyferyczna moc tkwi w pięknie latarni, które kuszą swym wdziękiem zbłąkanych wędrowców. Tego nie wiem, ale jestem skłonna przyznać tej myśli nieco racji.
           Dziś mam wieczór z latarniami Hiszpanii. Jedne przyciągają wzrok swoją ornamentyką, inne prostą malowniczością, jeszcze inne wyrafinowanym kształtem. Są też takie, które pełnią kilka funkcji, będąc jednocześnie i kwietnikiem, i zegarem. Są też dzieła sztuki, które wyszły spod dłuta znanych artystów. Zapraszam do wędrówki ich śladami.


A Coruńa



Madrid



Muxia



Ourense



Padrón



Salamanca



Granada



Granada



Granada



Malaga



Jerez



Jerez



Jerez



Jerez



Sevilla



Sevilla



Sevilla

Sevilla



Sevilla



Sevilla



Bilbao



Bilbao



Bilbao



Gijón



Gijón



Gijón



Girona



Lugo



Lugo



Oviedo



Oviedo



Pamplona



San Sebastian



San Sebastian



San Sebastian



Santander



Santander



Santander



Bilbao



Valencia



Valencia



Barcelona, latarnia wg projektu Gaudiego




    






stycznia 22, 2011

stopomania włoska


Z ARCHIWUM | Szkice hiszpańskim piórkiem | 22 stycznia 2011

Za kilka dni znów odwiedzę włoską ziemię. Z tej okazji już dziś w ramach wspomnień z minionych wypraw kolejna odsłona stopomanii. Jak nietrudno się domyślić, tym razem stopomania (III) włoska. W zasadzie nie do końca można ją nazwać włoską w całej rozciągłości, bo obejmuje zaledwie kilka miejsc. Chciałoby się,  by była pełniejsza, barwniejsza. Sama się zastanawiam, czemu w tak niewielu miejscach Półwyspu Apenińskiego miała miejsce. Czy jest to problem mojej nieuwagi, czy większego pośpiechu,  czy może raczej mało atrakcyjnego podłoża. W każdym razie żałuję ogromnie, że tyle włoskich bruków pominął mój obiektyw. Choć z drugiej strony jest to też zachęta do odwiedzenia tych wszystkich miast ponownie. Póki co numerem jeden jest Bergamo. Bo  i łatwo tam się dostać, i tanio. O dzięki ci Ryanie!


 Bergamo



stycznia 18, 2011

Saudade lizbońskich ulic



Mija właśnie blue monday, czyli najbardziej depresyjny dzień w roku. Dowiedziałam się o tym przed chwilą, zupełnie nie mając świadomości, że dzisiejszy smutek jest przypadłością nie tylko moją, ale ogólnoludzką. Od samego rana wszystkie znaki na niebie i ziemi potwierdzały właśnie taki układ rzeczy, emocji i relacji. Nawet coś mnie pokusiło, by sięgnąć po najbardziej pesymistyczną księgę, jaka kiedykolwiek została napisana. Chodzi oczywiście o genialnie przenikliwą Księgę Niepokoju Fernanda Pessoi. Otworzyłam pozakreślaną, jak żadna inna, książkę i zaczęłam przechadzać się wraz z pisarzem po nostalgicznym lizbońskim bruku.



Lisboa



W portugalskim powietrzu unosi się coś, czego nie potrafię do końca opisać, ale sami Portugalczycy mają na to odpowiedni termin. To saudade, coś na kształt melancholii, nostalgii, smutku bez przyczyny. To nic, które boli, jak nazwał ten stan sam Pessoa. Jest to pewnego rodzaju pomieszanie ambiwalentnych uczuć radości i smutku, totalnego zawieszenia w czasie. Saudade najdogłębniej odczuwa się w długie, letnie, leniwe popołudnia, kiedy życie na jakiś czas po prostu zamiera. Zdaje się wtedy, że nawet powietrze ustaje i nic się już więcej nie poruszy. Wtedy siada się w jednej z setek maleńkich kawiarenek, zamawia mocne, intensywne i aromatyczne cafe solo, dodaje do niego dużą ilość cukru i zastyga nad tą filiżanką kawy wraz z całym otoczeniem. "W te wolno płynące i puste godziny odczuwam smutek całym jestestwem, gorycz z powodu tego, że wszystko jest jednocześnie moim odczuciem i czymś zewnętrznym, czego nie mam mocy zmienić" - pisze Pessoa. Człowiek zatopiony w kilku kroplach portugalskiej kawy nie może się poruszyć. Zanurza się w niej niczym w przyjemnej smole, która każe trwać w tym wszechobecnym bezruchu.



Lisboa


"Kocham, w długie letnie popołudnia, spokój centrum miasta tym bardziej, im większy stanowi kontrast z przedpołudniem, kiedy panuje tu ożywienie. Ulica Arsenału, ulica Celna, przedłużenie smutnych ulic, które ciągną się w kierunku wschodnim, cały ten odcinek oddzielający miasto od spokojnego nabrzeża portowego – wszystko to pociesza mnie w smutku, jeśli w ciągu popołudnia włączam się w samotność tej dzielnicy. Przeżywam epokę poprzedzającą tę, w której żyję; sprawia mi przyjemność czuć się współczesnym Cesária Verde i noszę w sobie nie takie wiersze jak jego, ale substancję podobną tej, jaką jego wiersze miały".











Będąc w Lizbonie, miałam nieodparte wrażenie, że przeżywam epokę poprzedzającą tę, w której żyję. Chodząc tymi samymi ulicami, po których spacerował Pessoa, czułam, że przeniosłam się do czasu sprzed wieku. Lizbona bodaj jak żadne inne miasto wprawiało mnie w osłupienie, pewnego rodzaju przyjemne unicestwienie. Bycie, trwanie, ale tak, jakby cały wszechświat się zatrzymał. Ale nie nagle, tam nie było (nie ma) żadnego ponaglenia. Czas po prostu stał od wieków.







"W mieście bywa czasem spokój wiejski. Bywają momenty, głównie w upalne południa, gdy w tej świetlistej Lizbonie nawiedza nas wieś niczym wiatr. I nawet tu, na ulicy Złotników, śpi nam się dobrze [...]
Dobrze wiem, że gdy podniosę oczy, zobaczę brzydką linię domostw, nieumyte okna wszystkich biur Baixy, bezsensowne okna wyższych pięter, gdzie jeszcze się mieszka, a w górze suszącą się w słońcu bieliznę między wazonami kwiatów i doniczkami roślin. Wiem, lecz światło, które złoci wszystko, jest tak łagodne, tak spokojna atmosfera, która mnie otacza, że nie ma żadnego powodu, nawet wizualnego, aby abdykować z mojej sztucznej wsi, z mojej prowincjonalnej osady [...]".

  

Copyright © 2014 taken from travel , Blogger