dzikość karnawału w Laza

dzikość karnawału w Laza


            Hiszpańska Galicja niespecjalnie lubi afiszować się ze swoim urokiem. Być może ze względu na dość pustelnicze położenie na końcu europejskiej ziemi, być może to rzecz skrytego charakteru jej mieszkańców, a być może to wiecznie deszczowa pogoda okrywa mgłą tajemnicy ten wart wzmożonej uwagi zakątek Półwyspu Iberyjskiego. Jedno jest jednak pewne. Dzięki swej pozornej skrytości Galicja zachowuje po dziś dzień tradycje trwająca od wielu wieków Jedną z nich jest dziki i pierwotny karnawał w Lazie, jeden z najstarszych w Galicji, Hiszpanii, a ponoć i w Europie, i na świecie.
            Jak mówią sami Galisyjczycy, jest to jedyny tego rodzaju obrzęd pogański, który był kultywowany przez cały okres dyktatury Franco. Mimo obostrzeń i zakazów mieszkańcy Lazy co roku odtwarzali pierwotne zwyczaje i składali hołd ziemi.

             Laza jest miejscowością, do której docierają tylko miejscowi lub wybrańcy. Tak, ja się czuję takim wybrańcem, który mógł na własnej skórze poczuć telluryczną moc galisyjskiego obrzędu. Bo trzeba Wam wiedzieć, że dzikość nie polega tu na eksponowaniu zgrabnych, mięsistych pośladków i jędrnych, falujących piersi, ale na oswajaniu się z żywiołami, dotykaniu brudnej ziemi, otrzepywania się z mrówek i drapania po kontakcie z parzącymi roślinami.
             Karnawał rozpoczyna się w "tłusty czwartek" i kończy we wtorek przed "środą popielcową". Dniem kulminacyjnym jest poniedziałek, kiedy to pod koniec dnia do wsi zostanie wprowadzona la Morena. Dnia poprzedniego w niedzielę na ulice Lazy wychodzą najważniejsze postaci całej zabawy, czyli Los Peliqueiros. Wróćmy jednak do poniedziałkowego szaleństwo, które zaczyna się farrapadą - błotną bitwą, w której biorą udział wszystkie pokolenia:










              W międzyczasie innymi uliczkami wsi przechadzają się przebierańcy, którzy zjechali na weekend do Lazy. Główną atrakcją jest pochód cygańskich karawan zaprzężonych w osły - gitanada de los burros.





gitanada de los burros


gitanada de los burros














SuperMano, czyli SuperRęka

          Przed nami najbardziej nieprzyjemna, ale też nigdzie indziej niespotykana część dziennych szaleństw. Po południowej sjeście wszyscy świętujący udają się do Cimadevila, najwyżej położonej dzielnicy wsi. Tam już czekają na nieszczęśników wielkie gałęzie do smagania oraz worki z mąką i mrówkami, które już za chwilę znajdą się na ciałach wszystkich. Z tego względu, jadąc do Lazy, trzeba przygotować się w odpowiednie - przeciwmrówkowe - odzienie. Są też śmiałkowie, którzy specjalnie rozbierają się do mrówek jak do rosołu.





















Tegoroczny festiwal już w najbliższym tygodniu. Kto zatem jest lub będzie w pobliżu Ourense, ma możliwość uczestniczenia w wyjątkowym obrzędzie. Oto program również najdłużej trwającego karnawału w Galicji:
- 3 de marzo: jueves de Comadres
- 4 de marzo: viernes de Folión
- 5 de marzo: sábado das Cabritadas
- 6 de marzo: domingo de estrea: estreno de los Peliqueiros
- 7 de marzo: lunes Borralleiro: farrapada, gitanada de los burros y Maragatos, bajada de la Morena y las hormigas desde Cimadevila
- 8 de marzo: martes de Carnaval: salida de los Peliqueiros Veteranos, arde la Picota, desfile de carrozas, Testamento del Burro, Entierro del Carnaval y Luto de los Peliqueiros


pomarańcze na wyciągnięcie dłoni

pomarańcze na wyciągnięcie dłoni



Alicante, luty


Alicante, luty

           Gdy w Polsce temperatura osiąga minus 28 stopni, w Hiszpanii można rwać pomarańcze z drzew własnymi rękami. To nic, że są one niejadalne i tylko dobrze wyglądają na drzewach. To nic, że w środku są kwaśne, skoro kuszą swoim wyglądem. Dokładnie tak samo jest z owocem z Drzewa Poznania. Wabi i mami swym wyglądem, ale przełknięcie kęsa kosztuje człowieka wygnanie z błogiej i szczęśliwej nieświadomości. Mnie zawsze najbardziej intrygował sam akt wyciągania ręki po owoc  To pierwsze i ostateczne podjęcie decyzji o przekroczeniu granicy posłuszeństwa.


Murcja, luty

           Lubię te koincydencje, kiedy pewne myśli spotykają się z jakimiś aktami nie do końca od zależnymi. Zbiegi okoliczności, jak ten wczorajszy, kiedy to postanowiłam napisać o pomarańczach. Wystukałam dwa zdania i zaczęłam ładować zdjęcie, ale nagle internet odmówił posłuszeństwa. Wzięłam więc do ręki książkę, która leżała najbliżej: Pedro Paramo Juana Rulfo. Po otwarciu jej na stronie, na której skończyłam uprzednio lekturę, przeczytałam fragment:

Wiatr schodził z gór w lutowe poranki. A chmury pozostawały na górze, czekając, aż piękna pogoda każe im zstąpić w dolinę, a tymczasem zostawiały puste niebieskie niebo, pozwalały bawić się z wiatrem, zataczając koła na ziemi, wzbijając pył i smagając gałęzie pomarańcz.

Mojácar, luty


Pochłonięci lekturą

Pochłonięci lekturą


          Jedną z czynności, które najbardziej mnie fascynują, jest czytanie. Jednak to lektura w swym najprostszym wydaniu wzrusza mnie najbardziej.
          W zeszłą sobotę w Murcji przechadzając się słonecznymi ulicami, napotykałam ludzi (nie)zwykłych. Szukałam natchnienia w churros, a otrzymałam coś znacznie ważniejszego: prostotę lektury.
      Między kolejnymi podreptywaniami spędziłam czas jakiś na przyglądaniu się kobiecie czytającej u bram katedry. Nie mogłam oderwać wzroku od tej fascynującej postaci, siedzącej na całym swoim dobytku, pochłoniętej lekturą. Wahałam się, czy podejść, co zrobić, co powiedzieć, jak dać odrobinę swojego czasu i uwagi. Znacie z pewnością ten rodzaj niepokoju, pewnego rodzaju niezaspokojenia, lęku pomieszanego z  pobudzeniem. Jest to uczucie towarzyszące wszelkiemu działaniu, którego skutków nie można w żaden sposób przewidzieć. Wreszcie odważyłam się. Wstałam, wzięłam talerzyk z churros i podeszłam do tej staruszki, podając słodkość wraz z niezbędnymi serwetkami. Zapytałam, co czyta. Wskazała palcem ku górze. Biblię - powiedziała. Szybko znalazłyśmy wspólne słowo z naszych języków: blisko. Blisko bowiem jest z Polski do Bułgarii. A jednak tak daleko od tego blisko się spotkałyśmy.



Murcia


          Po tym pięknym spotkaniu ruszyłam w dalszą drogę. Okazało się, że takich ludzi jest więcej, że ulice pełne są niezwykłych postaci, których widok wywołuje refleksję.



Murcia


  

Czy jesteś szczęśliwy?

Czy jesteś szczęśliwy?



Almería

           Pakuję walizkę, kupuję tani bilet i lecę do kraju tego, gdzie co prawda kruszyny chleba nie podnoszą z ziemi przez uszanowanie dla darów nieba, ale gdzie proste prawdy przebijają na wylot. Do kraju, gdzie mam być szczęśliwa, bo świeci słońce, ludzie są otwarci i częściej się śmieją. Do kraju, gdzie ilość i jakość zabytków onieśmiela z zachwytu miłośnika kultury.
            Lecę do tego kraju, a tam prosto w oczy mnie pytają, czy jestem szczęśliwa.
Jestem szczęśliwa?

Chocolate con churros

Chocolate con churros



Z ARCHIWUM | Szkice hiszpańskim piórkiem | 16 lutego 2011






Polski pączek, mimo męskiego miana, w swej miękkiej istocie wyraża kobiecą puszystość i słodycz. Kształtem próbuje sięgnąć ideału i często mu się to udaje dzięki delikatnemu wnętrzu. Jego wersja hiszpańska śmiało natomiast zmierza ku falliczności. Nabrzmiała męskość churros przejawia się nie tylko w ich obłym wyglądzie, czy w dumnym rodzaju masculinum, ale także w tradycji ich jedzenia. Jeśli istotą pączka jest nadzienie, do smaku którego stopniowo i pomału się dochodzi; to sednem churro jest wkładanie go do płynnej, nieco gorzkiej czekolady, by jej smak poczuć jak najszybciej.

Chodzi nie tylko o sam akt zanurzania chrupiącego churro w lepkiej płynności. Churros con chocolate zjadamy wśród ludzi, wymieniając krótsze lub dłuższe spojrzenia. Churros – esencja machismo – doskonale czują się właśnie tam, w kawiarniach i barach, gdzie już sam gest wkładania ich ociekających czekoladą, do ust - wzbudza pożądanie. Lubią więc prężyć się w blasku słońca, niczym torreador szykujący się do decydującego starcia. Torero ma swoją arenę, churro swoją kawiarnię.

Kawiarnia to przestrzeń publiczna, przez długie wieki zarezerwowana wyłącznie dla mężczyzn. W Hiszpanii, gdzie podział na męski i żeński świat był szczególnie silny, kobieta mogła być królową, ale tylko we własnym kuchennym wszechświecie. W salonie panował mężczyzna. Do dziś w niewielkich miejscowościach lub w pogranicznych regionach na ulicach, w kawiarniach, w barach da się odczuć taką zależność.

Ten podział odbija się także w warstwie językowej. Mężczyzna w salonie, staje się hombre público, mężczyzną publicznym – człowiekiem władczym i panem danej przestrzeni – tym, który chciałby się dobrze prezentować i mieć wpływ na życie społeczne. Kobieta, gdy wychodzi z domu, staje się mujer pública... kobietą publiczną, która nie czekając na pozwolenie ojca, brata lub męża siada samotnie w kawiarni i maczając tłuste churros (nigdy nie poprzestaje na jednym) w lepkiej czekoladzie, wkłada je do ust. Zanim jednak churro w nich zniknie, palce kobiety zgniotą jego miękką skórkę, wycisną odrobinę oliwy, która zostawi swój ślad na dłoniach.

Nie tylko na Półwyspie Iberyjskim podobny widok bywa czystą obscenicznością.


sztuka ulicy w Alicante

sztuka ulicy w Alicante


          Uliczki w najstarszej dzielnicy Alicante, tuż u podnóża Castillo de Santa Barbara, żyją swoim własnym spokojnym życiem. Zdaje się, że nie ma do nich dostępu, mimo iż kierunkowskazy wyraźnie mówią, że tutaj jest przejście i zalecana spacerowa droga. Za pierwszym razem nie skręciłam w żadną z tych maleńkich, niepewnych, krętych, ukwieconych dróżek, bojąc się, że wejdę na czyjeś terytorium nieproszona. Wczoraj jednak, żegnając się z Alicante, wstępowałam na te najmniej pozorne. Nie było tak ludzi. Od czasu do czasu tylko słyszałam dochodzące z domów odgłosy gotowania. Był to czas sjesty. Słońce jeszcze swym lutowym ciepłem ogrzewało mi twarz i kusiło, by zbaczać z drogi, by gubić się w tym ogrodzie rozwidlających się ścieżek. Gubiłam się więc tam, gdzie...



Ulicą płyną dni, miesiące, lata  
Ulicę przemierzają samochody, psy, muchy
Ulicą spacerują dzieci, ludzie, zmarli
Ulicą wędruje życie, ból, miłość




Wiadomość tajemniczą ktoś namalował fioletowym ołówkiem, 
wiadomość przedziwną na moim dachu. Zaczyna się tak: 
ktoś namalował...

a był to el hombre sin nombre (człowiek bez imienia)




   
jamón, jamón

jamón, jamón


            Pamiętacie z pewnością scenę (minuta 5:55) z filmu Jamón Jamón, w której Javier Bardem pożera iberyjską szynkę wraz z piersiami Penelope Cruz. Dziewczyna pyta, jak smakują. Oczywiście szynką i innymi prostymi specjałami kuchni hiszpańskiej.  





          Słowo jamón dla Hiszpanów oznacza nie tylko szynkę, ale także kobietę, którą się zjada jak mięso. Miłość hiszpańska jest fascynująca, ponieważ obok swej wzniosłej wersji reprezentuje również tę najbardziej krwistą, zmysłową i przyziemną. Główny bohater filmu Bigasa Luny kroi szynkę, zacinając się przy tym. Ale dzieje się to wtedy, gdy zbliża się do niego Silvia. Wszystko na tle wielkiej reklamy w kształcie jamón.

         Tyle film. A jak się ma jamón w życiu codziennym Hiszpanów? Równie dobrze. Jest nieodłącznym elementem kulinarnym i kulturowym kontynentu. Wielkie maczugi widać dosłownie wszędzie: w sklepikach małych i dużych, marketach, targach, barach, restauracjach i na ulicach. 


jamón



jamón

         Przechadzając się ulicami, bardzo często można natrafić nie tylko na promocje, ale także na degustacje. Szynka z oliwą i serem ma zadanie wabienie spragnionych mięsa przechodniów. Ze skutkiem. W szanującym się hiszpańskim domu nie może zabraknąć specjalnej podstawki na szynkę i oczywiście odpowiedniego nożyka.


degustacja szynki iberyjskiej


          W tej dzikiej Hiszpanii nawet restauracje nazywają Cueva, czyli "jaskinia" i zawieszają potężne szynki u sufitu. Czasem mam wrażenie, że Hiszpanom dobrze w tych jaskiniach z mięsem u boku.


Alicante


czytać można wszędzie

czytać można wszędzie

     
          Wczoraj na trasie Bergamo - Brescia zauważyłam coś niepokojąco pięknego. I jednocześnie coś, co nieco mnie zawstydziło. Mnie, pożeracza książek (już nieco nasyconego, ale jednak), który jeszcze przed dwoma laty nie wyobrażał sobie żadnej godziny bez książki w ręku. W tę wczorajszą drogę wybrałam się bez lektury. Wolałam podziwiać widoki za oknem. Szyby pociągu niestety były brudne, ale i tak na jednej ze stacji udało mi się zobaczyć zawziętą czytelniczkę, która nie robiła sobie wiele z chłodu powietrza (niech Was nie zwiedzie otaczające słońce, powietrze było niemal tak zimne, jak w Polsce). Siedziała w miejscu dość dziwnym, może czekając na kogoś, kto miał na tej stacji wysiąść. Tego jednak nie wiemy. Nie znamy kontekstu. Może powodem doboru miejsca nie było wcale nadchodzące spotkanie. Przez te kilka chwil wpatrywania się w tę osobę nie zauważyłam niepokoju oczekiwania. Może to jednak stukot pociągu wprawiał ją w dobry nastrój do czytania, sprzyjał refleksji. Może... może ja też powinnam czytać, zamiast przyglądać się innym zza szyby pociągu?











   

Smakować życie i świat

Od dawna szukam klucza do swojej opowieści. Nie można opowiadać czyimś językiem, tak samo jak nie da się być na czyimś miejscu. A czy ka...

Copyright © 2014 taken from travel , Blogger