do Fuen-de-todos odwiedzić Goyę


          Wyprawa do kolebki Francisco Goi intrygowała mnie od dawna. Wyobraźnia artysty, piętrząca i produkująca demony, co jakiś czas wodzi mnie za nos, nerw, nie dając o sobie zapomnieć. Będąc niegdyś w madryckim Prado, pożerałam dzieła malarza niczym Saturn własne dzieci, przechadzałam się po muzealnych salach  niczym Kolos po zgliszczach ziemi. Już wtedy „Kolos” nie był Goi a „Maję nagą” komuś wypożyczono (ale za to co dzień pręży się pod pomnikiem Goi przed muzeum), więc chciało się jeszcze. Jeszcze mogło oznaczać tylko Saragossę i miasto rodzinne hiszpańskiego geniusza, Fuendetodos.
















         Jak zwykle w moich improwizowanych wyprawach dużą rolę odgrywa szczęście. Jak nazwać inaczej spotkanie człowieka, który jeszcze przed rozpoczęciem własnej pracy zawiezie cię do rodzinnego domu Goi we Fuendetodos, a potem jeszcze do pustelni w Muel i nawet nie będzie denerwował, gdy trzeba będzie wracać wertepami w poszukiwaniu zaginionej na wietrze rękawiczki. To jest szczęście podróżnika, który ogromnie i z entuzjazmem chce coś zobaczyć, ale środki komunikacji publicznej nie bardzo mogą mu przyjść z pomocą. Jest to szczęście spotykania odpowiednich ludzi, bycia w odpowiednim miejscu, w odpowiednim czasie.


          Tak w moim przypadku było zupełnie niedawno, kiedy zakupiwszy karnet do wszystkich muzeów śladami Imperium Rzymskiego w Saragossie, buńczucznie weszłam do jednego z nich, poświęconemu rzymskim termom. Pan tam pracujący początkowo wziął mnie za przewodniczkę grupy, która wkroczyła tuż za mną. Jednak szybko zdradził mnie mój włoski (jak mi często mówią) akcent. Po projekcji i obejrzeniu ekspozycji zaczęłam gawędzić sobie z panem z muzeum. Przy okazji zapytałam, czy nie wie przypadkiem, jak najlepiej dojechać do Fuendetodos i do Muel. Okazało się, że przypadkiem wiedział: jego samochodem.








          Udaliśmy się więc następnego dnia na przejażdżkę śladami autora „Kaprysów”. Dotarliśmy do Fuendetodos, do wioski, w której każdy zakątek przynależny jest Goi. Podobnie, jak w Certaldo wszystko należy do Boccaccia, w Fuendetodos wszystko jest Goi: Calle Goya, Plaza de Goya, Museo del grabado (de Goya), Casa natal de Goya. Ale jest też coś, co należy do wszystkich. To wspólna studnia – fuen(te) de todos - źródło wody i sztuki. 



fuen(te) de todos - wspólna wiejska studnia








ten kot pewnie też nazywa się Goya



Calle Goya









Plaza de Goya



dom, w którym urodził się Goya




wnętrze domu Goi




wnętrze domu Goi


         Na jednej z uliczek znaleźć można nawet płytki azulejos z wizerunkiem malarza i jego słynnym zdaniem, w którym w jakimś sensie odnosi się nazwy miejsce swego urodzenia: „La fantasía aislada de la razón sólo produce monstruos imposibles. Unida a ella, en cambio, es la madre del arte y fuente de sus deseos” („Fantazja odizolowana od rozumu rodzi jedynie niemożliwe monstra. Zjednoczona z nim, na odwrót, jest matką sztuki i źródłem jej pragnień”).






         W rodzinnej wiosce Francisco Goi y Lucientes znajduje się Museo del grabado, gdzie latem odbywają się warsztaty miedziorytnicze, a na co dzień można podziwiać słynne ryciny artysty. Jednak, żeby zobaczyć całą kolekcję, warto wybrać się do Museo iberCaja Camón Aznar w Saragossie, które w znacznej części poświęcone jest autorowi „Tauromachii”. Tam też spędziłam resztę dnia poświęconą jednemu z moich ulubionych malarzy.








          W drodze powrotnej do Saragossy wstąpiliśmy jeszcze pospiesznie do pustelni w Muel, gdzie na ścianach kościółka znajdują się obrazy Goi. Są dobrze ukryte, ale można spotkać kogoś, kto je pokaże. My zdążyliśmy dotrzeć do tej pustelni w ostatniej chwili, dosłownie w momencie zamykania jej przez strzegące ją panie. To przybycie na czas również uznaję za małe szczęście podróżnika.



pustelnia w Muel



Ermita de Nuestra Senora de la Fuente w Muel



  

5 komentarzy:

  1. Niby wszędzie Goya, ale czy go spotkałaś? Może jego duch był w tym kocie, który dyskretnie coś malował ogonem w piasku.

    OdpowiedzUsuń
  2. Znam to szczęście podróżnika... to prawdziwe szczęście :). No i całe szczęście, że na świecie są jeszcze takie wspaniałe osoby, które mogą innych uszczęśliwiać :).

    OdpowiedzUsuń
  3. możliwe, że był tym kotem... z tej perspektywy lepiej podgląda się ludzi, ich czasy i obyczaje. Wydawał się nieco znudzony, ale i zadowolony, że nie przynajmniej okropieństw wojny w okolicy mniej...


    a szczęście podróżnika jest zadziwiające! Koincydencje, których na co dzień byśmy nie dostrzegli, a takich okolicznościach pamiętamy o nich i je gloryfikujemy :)

    OdpowiedzUsuń
  4. urocza historia, urocza podróżniczka i jej niesforna rękawiczka, uroczo znudzony kocur w słońcu. Cytos caprichos - więcej takich :)

    OdpowiedzUsuń
  5. więcej takich... chętnie bym wiele takich przeżywała! choć mam w zanadrzu kilka podobnych historii:)

    OdpowiedzUsuń

Pamiętaj, blog karmi się twoimi komentarzami!
Un blog se alimenta de tus comentarios. ¡Haz uno!
A blog feeds on your comments. Make one!
Un blog nutre i tuoi commenti. Fare uno!
Un blog se nourrit de vos commentaires. Faites un!
Ένα blog τρέφεται με τα σχόλιά σας. Κάντε ένα!
Ein Blog füttert Ihre Kommentare. Machen Sie eins!
ბლოგის ით თქვენი კომენტარი. რათა ერთი!

Smakować życie i świat

Od dawna szukam klucza do swojej opowieści. Nie można opowiadać czyimś językiem, tak samo jak nie da się być na czyimś miejscu. A czy ka...

Copyright © 2014 taken from travel , Blogger