Altea

Altea


            Jak to chyba już mam w zwyczaju, do małych miasteczek udaję się zwykle w poniedziałki. Tak było już z opisywaną przeze mnie Frigilianą czy choćby z Certaldo i tak będzie w jeszcze nie wspominanym przeze mnie Mojacarze. Poniedziałek jest bodaj najmniej turystycznym dniem, czego oczywiście w wielkich metropoliach zauważyć się nie da, ale w pomniejszych mieścinach ta zasada ma zasadniczy wpływ na gęstość tymczasowego zaludnienia. Więc włóczę się poniedziałkami po pustych uliczkach i dziwię w zachwycie, jak też tam spokojnie i uroczo. Podobnie było w Altei - miejscowości, od której nazwę zaczerpnęła pewna firma - Sociedad Española de Automobiles de Turismo - dla jednego ze swoich cudownych dzieci. Altea kojarzy się więc najczęściej z tą znaną hiszpańską marką (oczywiście nie chcę tu robić żadnej motoryzacyjnej reklamy, no chyba, że ta sociedad miałaby jakiś szczególnie hojny gest). Dla jednych Altea to samochód,a dla innych przeurocze miasteczko położone nieco na północ od Alicante, w okolicach wypoczynkowej miejscowości Benidorm. Dla mnie zdecydowanie to drugie.
          Już sama droga z Alicante do Altei (w specjalnym tramwaju) jest prosta, przyjemna i zaspokajająca wizualne gusta podróżującego. A co dopiero mówić o radości spacerowania po samym miasteczku. Pustym oczywiście, choć nie do końca.



























          Spędziłam w Altei kilka godzin, sporo czasu grzejąc się jesiennym słońcem i pijąc kawę na głównym rynku miasteczka. Kiedy skończyłam i wstałam, zbierając się do odejścia, ktoś z sąsiedniego stolika pomachał mi i powiedział: Adiós! Odpowiedziałam i udałam się spacerkiem na stację. Do dojazdu najbliższego tramwaju zostało jeszcze pół godziny, co wykorzystałam niezbyt mądrze na rozmyślaniach. Z natłoku myśli wyrwał mnie głos: eres polaca? (jesteś Polką?). Skąd to wiesz - zapytałam nieco zdziwiona, bo ani przez chwilę w ciągu ostatnich kilku godzin ust nie otworzyłam (no może poza zamówieniem kawy i tego zdawkowego adiós). Po oczach? - drążyłam dalej. Nie - odpowiedział - po spojrzeniu.






           Może i niezły to tekst na zaczepkę, bo i nasze spotkanie potrwało o wiele dłużej niż jazda pociągiem, z którego wysiedliśmy wcześniej niż by na to wskazywało miejsce docelowe naszej podróży, by pospacerować jeszcze po wieczornym Benidorm. Pan był przedziwny, o Polsce, świecie, Hiszpanii, Portugalii, zabytkach, klasztorach, książkach, symbolice, historii, masonerii, papieżach i sprawach diabelskich wiedział wszystko. 


 
elegancko przez wiek dojrzały

elegancko przez wiek dojrzały


          Wyobraźcie sobie przez moment polską kawiarnię. Kto w niej zazwyczaj przebywa? Młodzi, piękni i bogaci. Lub nieco mniej piękni i bogaci, ale nadal niezbyt starzy. A jeśli już ci kawiarniani bywalcy trochę lat mają na karku, to raczej płcią piękną nie są. Nie ma się tu czemu specjalnie dziwić, przestrzeń kawiarniana od zawsze była miejscem znaczonym masculinum. W Hiszpanii, kraju macho, zaobserwować można wyjątkowo karykaturalne obrazki. Cudownie oddają to sceny kawiarniane w Tristanie Luísa Buñuela, gdzie nie pojawia się ani jedna kobieta w tym męskim miejscu spotkań. W Ulu Mario Camusa jest już nieco lepiej. Od czasu do czasu przy stoliku dostrzec można postać kobiecą:




          Jest to zazwyczaj kobieta w podeszłym już wieku, ale nadal zadbana i elegancka. Współcześnie takie właśnie panie szczególnie rzucają się w oczy w hiszpańskich miastach. Może dlatego szczególnie zwracam na nie uwagę, że ich polskie rówieśniczki w zdecydowanej większości skazane są na banicję w swoich czterech ścianach, za które powinny być wdzięczne? Hiszpańskie starsze panie często i śmiało spotykają się na mieście, spacerują ulicami i jedzą ciastka w kawiarniach. Są ładnie uczesane, pomalowane, elegancko ubrane i wyprostowane. Na emeryturze nie muszą już dźwigać nazbyt wielu garbów. Mając wreszcie trochę czasu dla siebie, sięgają po to, co dobre i przyjemne:








W drodze na kawę wyglądają mniej więcej tak:




Z utęsknieniem czekam na takie widoki w Polsce...


Między Almerią a Alicante

Między Almerią a Alicante



Lubię oglądać mijany krajobraz przez szybę pociągu. Pamiętam, największych doznań (nieco wzniosłych, skłaniających do refleksji nad zagubieniem człowieka w czasoprzestrzeni) dostarczały mi wielo-, wielogodzinne podróże po ukraińskich stepach. W szczególności gapienie się z końca ostatniego wagonu na zostawiane za mną melancholijne tory. Lubię również oglądać świat zza czystych szyb autokarów. Podczas takiej drogi trzeba zawsze mieć aparat pod ręką, choć i tak nazbyt często widziany zaledwie przez ułamek sekundy widok umyka.

Dziś kilka uchwyconych obrazków z trasy pomiędzy Almeríą a Alicante, gdzieś w okolicach Lorki. Miasteczka, które niedługo po mojej ostatniej wizycie w Hiszpanii, szczególnie ucierpiało podczas wiosennych trzęsień ziemi. Zrobiło mi się dziwnie smutno, usłyszawszy o tej tragedii. Byłam przecież tak blisko tego miejsca, a jednak się w nim nie zatrzymałam. Teraz jest już przecież zupełnie inne. Zaglądanie do różnych miejsc, podróżowanie w ogóle, jest w gruncie rzeczy doświadczeniem tego samego rodzaju straty, której doznaje się podczas zerkania przez szybę pędzącego pojazdu. Wszystko jest nam dane tylko na chwilę.




Spain / February 2011





Spain / February 2011





Spain / February 2011


















skała jaka jest, każdy widzi

skała jaka jest, każdy widzi

          Co kraj, to obyczaj - mówią. Co, kraj, to krajobraz. Co natura, to postura. Co w duszy, to i... no gdzie? Może w przyrodzie. Może Matka Ziemia czuje podskórnie, co kto lubi. A może właśnie lubimy to, co ona nam daje. Nieistotne to wprawdzie, chociaż gdyby podążyć trochę tym tropem, czyli wzajemnymi zależnościami ludzi i ich otoczenia, można by dojść do smutnych dla Polaków wniosków. Weźmy choćby skały i ich kształty. Naszą największą dumą jest Maczuga Herkulesa. Potężna to skała, niezwykła, emanująca siłą i odsyłająca naszą wyobraźnię do prahistorycznych wyobrażeń o władzy zdobywanej przemocą. Nieco inaczej się sprawa przedstawia w Hiszpanii. W samym południowo-wschodnim koniuszku Półwyspu Iberyjskiego, na Cabo de Gata, z morza również wydobywa się tajemniczy obiekt. Również prężny, również władczy, również rozpalający wyobraźnię i również wzmagający pierwotne instynkty. A jednak...



Cabo de Gata











           Dokładnie na przeciwległym krańcu świata, po przekątnej całej Hiszpanii, na Costa da Morte spoczywa sobie taka oto niepozorna skała. Nie pręży się bezwstydnie jak te południowe, ale z cierpliwością, acz w gotowości, czeka aż ktoś dostrzeże jej urok. Nie jest t trudne, bo choć skała ta nienachalna, nie kryje się ze swoimi potrzebami:



Costa da Morte,
Muxía


            Kiedyś podczas swoich ukraińskich wojaży również napotkałam wielką skałę, która nie chciała dać się wtopić w otoczenie i dumnie prężyła swe wdzięki. Była potężniejsza od tej hiszpańskiej i lubiła stawać na podwyższeniu. Być może miała ku temu powody. Oceńcie sami:


Dolina Przywidzeń', Krym




           Im bardziej się zastanawiam, tym bardziej dochodzę do przekonania, że ze skał można wróżyć jak z dłoni i badać charakter narodu niczym charakter człowieka na podstawie jego rysów twarzy, jak tego chce fizjonomika. W każdym razie, jedno jest pewne: każdy kraj ma takie skały, na jakie zasłużył...



wietrzna Saragossa - la ciudad del viento

wietrzna Saragossa - la ciudad del viento


          Nie mogę sobie teraz przypomnieć, czy Potocki pisał coś o nieznośnym wietrze w Saragossie. Czytałam jego powieść dość dawno i zupełnie takiej informacji nie mogę wydobyć ze swojej pamięci. Pamiętam natomiast doskonale zapach gorącej, gęstej czekolady pitej przez bohaterów Rękopisu. Czemu ja, przemierzając Saragossę, nie skusiłam się na ten hiszpański przysmak? No cóż, po prostu chyba wolę kawę.


Gran Cafe Zaragoza
          Kawa smakowana w pięknej, bodaj najstarszej saragossańskiej kawiarence jest podwójną przyjemnością. Tym bardziej, że tę rozkoszną chwilę poprzedzały długie mniej przyjazne dla ciała godziny. Droga z lotniska do Saragossy była dla mnie prawdziwą męczarnią. Długa, kręta, prowadząca przez betonowe osiedla magazynów. Zza szyby autobusy widać było tylko maleńkie nieporadne drzewko smagane potężnym wiatrem. O potędze tegoż przekonałam się szybko na własnej głowie, wysiadając z pojazdu i udając się na stację. Moje pierwsze wrażenia z Saragossy były dojmujące. Zawroty głowy, urwanie głowy i wszechotaczająca pustka. Wyludniony przeogromny dworzec, żadnego pociągu, żadnego człowieka i tylko jedna kawiarenka na końcu holu. Weszłam i zapytałam: czy ten wiatr to tak zawsze tu wieje. Pan się uśmiechnął i odpowiedział: zawsze. Jak się później okazało, nie miał racji.

dworzec w Saragossie


          Zanim jednak doświadczyłam nieco łagodniejszego dla uszu podmuchu, przewiało mnie na wskroś i na wylot. I aż mi trudno teraz uwierzyć we własne słowa, kiedy patrzę na zdjęcia, które wtedy robiłam. Chciałam uchwycić ten wiatr, ale na próżno. Wszystko w tym mieście stoi prężnie i z dumą opiera się nieprzychylnym wiatrom: strzeliste wieże bazyliki Nuestra Señora del Pilar, most ze skały (Puente de Piedra), dziarska postać Goi... I tylko na szczytach El Palacio de La Aljafería widać tę siłą wojującą w powietrzu, łamiącą w pół mocne hiszpańskie flagi:


El Palacio de La Aljafería


          Żywioły hiszpańskie słyną ze swych ponadprzeciętnych zdolności. Wszystkie mącą człowiekowi  w głowie, bez względu na to, czy jest to galisyjska woda, andaluzyjski ognisty żar, czy aragońskie wichry. Jeśli chce się zachować zdrowy rozsądek (czy jakikolwiek rozsądek), lepiej nie wjeżdżać na teren tego kraju.
Saragossa, stolica Aragonii, jest ziemią wiatrów północy. Jej element centralny stanowi właśnie ten wiatr - cierzo - który doprowadza do obłędu. To on charakteryzuje miasto i wywołuje szaleństwo (‘Tierra de cierzo’ tiene como elemento central, como hilo conductor que diría Gabino Diego, el cierzo, ese viento enloquecido que caracteriza la ciudad y produce la locura). W tekście Antona Castro czytamy:
          El cierzo barre y crea, crea y barre, dice Pedro Andreu. El cierzo es especial, conforma un carácter, un modo de ser y de cantar. El cierzo airea las ideas y la cabeza. Zaragoza es tierra de cierzo, es la ciudad del viento y un espacio eminentemente musical, donde ha habido “grandes valores, grandes intérpretes, grandes estilos, grandes ideas”, tal como resume Santi Rex...
          "wiatr północy zmiata i stwarza, stwarza i zmiata, mówi Pedro Andreu. Wiatr północny jest wyjątkowy, znamionuje charakter, sposób bycia i śpiewania. Wiatr północny wietrzy pomysły i głowę. Saragossa jest  wietrznym miastem,  ziemią wiatrów północy i wybitnie muzycznej przestrzeni, pełnej "wielkich wartości, wielkich interpretatorów, wielkich stylów, wielkich idei" - tak, jak to podsumowuje Santi Rex..."


 
trzeba jechać na południe

trzeba jechać na południe


          Pisałam ostatnio o Andaluzji Federica Garcii Lorki. Andaluzji folklorystycznej, mrocznej, tradycyjnej i tradycjonalistycznej. Lorka zasłynął swoim odmiennym światopoglądem: był republikaninem, homoseksualistą, obrońcą praw kobiet i być może został zamordowany właśnie za jedno ze swoich największych dzieł, za Dom Bernardy Alby. W dramacie tym w subtelny, ale dobitny sposób ukazał przekleństwo i zmorę kobiet żyjących pod jarzmem skrajnie patriarchalnej i pruderyjnej kultury południa Hiszpanii.
           W tym samym jednak czasie, kiedy hiszpańskie kobiety posłusznie opuszczały swe spojrzenia, mężczyźni cieszyli oczy tańczącymi cygankami i wspólnie z nimi tworzyli obraz Andaluzji pełnej seksu, pożądania, zabawy... Szybko rozniosła się fama o doskonałych kochankach o śniadej cerze i uwodzącym spojrzeniu, a białogłowy z północy zaczęły udawać się w poszukiwaniu gorącej krwi i upojnych nocy właśnie tam. Im niżej, tym lepiej, tym cieplej, tym goręcej, tym upojniej. I mimo ostrych restrykcji obyczajowych generała Franco do Hiszpanii przybywali spragnieni gorącego słońca i kochanków. Sprzyjała temu wszechobecna w latach 60 i 70-tych rewolucja seksualna. Powszechność tego zjawiska sprawiała, że nie przebierano w środkach wyrazu. Wszystko przejdzie, byleby był w tym seks. Największym hitem w Hiszpanii stała się piosenka Raffaelli Carrà Hay que venir al sur. Połączenie disco z hiszpańską gitarą dało wpadający w ucho i zapadający w pamięci zabawny utwór:





Por si acaso se acaba el mundo todo el tiempo he de aprovechar,
corazón de vagabundo voy buscando mi libertad
he viajado por la tierra
y me he dado cuenta de que donde no hay odio ni guerra
el amor se convierte en rey

Tuve muchas experiencias
y he llegado a la conclusión
que perdida la inocencia en el Sur se pasa mejor

Para hacer bien el amor hay que venir al sur
para hacer bien el amor e ir donde estas tu
sin amantes! quien se puede consolar
sin amantes! esta vida es infernal

Para hacer bien el amor hay que venir al sur
lo importante es que lo hagas con quien quieras tu...
y si te deja no lo pienses mas....
búscate otro mas bueno vuélvete a enamorar

Todos dicen que el amor es amigo de la locura.
Pero a mi que ya estoy loca, es lo único que me cura
Cuantas veces la inconciencia
rompe con la vulgaridad, venceremos resistencias
para amarnos cada vez mas




(na wszelki wypadek, gdyby świat się skończył, cały czas korzystam
serce wagabundy, idę szukać mojej wolności
podróżowałam po ziemi
i zauważyłam, że gdzie nie ma nienawiści ani wojny
miłość staje się królem

miałam wiele doświadczeń
i doszłam do wniosku, 
że utrata niewinności najlepiej wychodzi na Południu

aby dobrze się kochać, trzeba przyjechać na Południe
aby dobrze się kochać i iść, gdzie jesteś tu
bez kochanków! któż może się pocieszyć
bez kochanków! to życie to piekło
aby dobrze się kochać, trzeba przyjechać na Południe
ważne jest, byś to zrobił z kim Ty sam chcesz 
a jeśli cię zostawi, nie myśl o nim więcej
poszukaj sobie lepszego, znów się zakochaj

wszyscy mówią, że miłość jest przyjacielem szaleństwa,
ale dla mnie, że już jestem szalona, jest to jedyne, co mnie leczy
ile razy utrata świadomości (zamroczenie) 
niszczy wulgarność, przełamiemy opory,
żeby kochać się coraz bardziej)


Zatem dokąd się teraz wybieramy?  ;)

 

Smakować życie i świat

Od dawna szukam klucza do swojej opowieści. Nie można opowiadać czyimś językiem, tak samo jak nie da się być na czyimś miejscu. A czy ka...

Copyright © 2014 taken from travel , Blogger