Sangría - napój zapomnienia

Sangría - napój zapomnienia



Kiedy pewnego ciepłego wieczoru w półmroku letniego ogrodu pojawi się tajemniczy Hiszpan, bądź pewna, że czeka cię uczta dla zmysłów i ducha. Trzy plasterki cytryny, trzy pomarańczy, woda mineralna, duży kieliszek (nie od szampana), trzy łyżeczki cukru – powie José niskim uwodzącym głosem. Ot tak, dla kolorytu dopowie jeszcze słów kilka o rozkosznej przyprawie: w Walencji dodają goździki, ale w Kordobie wolą delikatniejszy smak, by na koniec podać ci szklankę z krwistym napojem. Na upojne efekty nie trzeba będzie długo czekać. Sangría bowiem ukoi duszę, tchnąwszy w nią uprzednio ducha zapomnienia i... zaspokojenia! Działa ona na wszystkich, którzy choć raz jej spróbują. Zaspokaja pragnienie tych, którzy ją piją. Nawet te głęboko ukryte. Nie wierzysz? Zobacz Giuliettę i duchy Felliniego, a potem do wina dodaj trzy plasterki cytryny, trzy pomarańczy...
         

sangría



A nieco przyziemniej? Tak, po wypiciu kilku kieliszków może być przyziemnie! Składniki: wino czerwone wytrawne, cytryna, limonka, pomarańcza, jabłko rum/wódka, cukier, sok pomarańczowy, woda mineralna, cynamon, goździki. Spokojnie możesz eksperymentować! Zarówno ze składnikami, jak i z proporcjami.


   
Szaleństwo królowej

Szaleństwo królowej



Joanna I Kastylijska


          Z miłości najtrwalej szaleje się w Hiszpanii. W fermencie iberyjskiego powietrza czai się obłęd. Nie ma żadnego rozumu, który by okiełznał żywioł namiętności każący przemierzać połacie ziemi w poszukiwaniu ukojenia. I nie mówię dziś o słynnym (o)błędnym rycerzu, ani o innych postaciach z dna liter. Dziś mówię o kobiecie - córce potężnych i fanatycznych Królów Katolickich. Mówię o kobiecie, która z miłości rodziła jedno dziecko po drugim, która z zazdrości popadła w obłęd i która w pasji nocami wiozła gnijące ciało swego ukochanego z Burgos aż po Granadę. Ciało coraz bardziej cuchnęło i nic nie mogło powstrzymać rozkładu. Ale było to ciało Filipa. Tego, któremu dano przydomek Piękny. Tak. To, co woziła ze sobą Joanna, to szczątki Felipe I de Habsburgo, zwanego Hermoso. Felipe El Hermoso...



Felipe y Juana: El Hermoso y La Loca


           Właśnie dziś o niej pomyślałam, bo któż bardziej cierpiał po śmierci bliskiej osoby? Któż za cenę piętna szaleństwa wśród sobie współczesnych i potomnych pochował swego pięknego niewiernego męża setki kilometrów od miejsca jego śmierci? Dla kogo jest ten dzień, jak nie dla tej, która Święto Zmarłych miała każdego dnia, przez kolejnych pięćdziesiąt lat? Juana la Loca (Joanna Szalona) zapisała się w historii jako ta, która z miłości postradała zmysły. I mimo że w rodzinach królewskich często odnotowywano choroby psychiczne, jako skutek niemieszania krwi, dla Joanny jako dla królowej na dworze kąsających żmij szaleństwo to brzemię nie do udźwignięcia. Jako dla kobiety ból nie do ukojenia. Na szczęście Juana może już spać spokojnie, bo dała inspirację wielu artystom. Powstały dramaty, opery i filmy. Wszystkie współczujące wraz z nieszczęsną królową.
         Cierpieniu Joannie I Kastylijskiej nie mógł przyglądać się także pewien polski pisarz, więc pospieszył jej z pomocą, delegując w podróż z Burgos do Granady jednego z największych uwodzicieli wszech czasów. Zarówno dla doñy Juany, jak i dla don Juana była to ogromna szansa. Bo kto mógł lepiej ukoić zbolałe serce i umartwione ciało niż sam Don Juan?A o tym przeczytacie w książce Andrzeja Barta Don Juan raz jeszcze.

   
Stopomania węgierska

Stopomania węgierska


Stopomania zdarza się w każdym zakątku świata. I nic nie poradzę, że szkice nie zawsze chcą być hiszpańskie. Dziś zatem wspomnienia  z podróży po madziarskiej ziemi. Po węgierskim bruku.


Budapest




Szentendre



Balaton, Półwysep Tihan



Esztergom



Tokaj


   
      
Usted no habla español, ¿Verdad?

Usted no habla español, ¿Verdad?


           Postanowiłam zamawiać dwa espresso w osobnych filiżankach. Nie podwójne, ale dwa w dwóch oddzielnych filiżankach. Dos espressos in seperate cups. Po pewnym czasie pewnie ktoś zjawi się przy stoliku i przekaże mi pudełeczko od zapałek. Może to będzie gdzieś w Madrycie, Sewilli lub na jakiejś zapadłej andaluzyjskiej wsi. Pewnie ktoś podejdzie i zagadnie prostym pytaniem: Usted no habla español, ¿Verdad? Odpowiem "nie" i wysłucham mądrości, którą ma mi do powiedzenia tajemniczy wysłannik. Dokładnie jak w filmie Jima Jarmuscha The limits of control.






A wcześniej było mlecznie, a jeśli już podwójnie, to raczej na słodko. W taki sposób pewnie się nie da osiągnąć celu, bo niewystarczająco używa się wyobraźni. Być może te dos espressos in separate cups sprawiają, że się ona poszerza...

 
Cartagena



Almeria



Fuendetodos



Mojacar



Zaragoza



Alicante



Café Bar Dalí - Salvador Dalí i odrobina Katalonii w Belgradzie

Café Bar Dalí - Salvador Dalí i odrobina Katalonii w Belgradzie



Belgrad / July 2012


Nomadyczną duszę znów poniosło. I wcale nie musiała długo namawiać nóg na kolejne wojaże. Tym bardziej, że mniej lub bardziej wygodnie ulokowały się w aucie i nie musiały się zbytnio przemęczać. No może zaledwie od czasu do czasu podejść na jakieś wzgórze, by podziwiać fascynujące widoki. Tym razem nomadycznej duszy nie udało się przekabacić nóg na wyjazd na jej ukochany półwysep, ale suma summarum inny półwysep również przypadł jej do gustu. Może dlatego, że też było gorąco. Ach! Jak było gorąco. Nawet dało się słyszeć słowa samych Hiszpanów: hace más calor que en Madrid! Bo Hiszpanów tak samo jak słońca było dużo. Split wyglądał jakby cała Hiszpania wylądowała nagle w Chorwacji. Ale nie o Chorwacji to post, a o uroczej, zacisznej kawiarence ulokowanej gdzieś nieco z dala od zgiełku monumentalnego i chaotycznego Belgradu.






























          Co skłania właścicieli do urządzania lokali w taki sposób, inspirując się twórczością katalońskich artystów? Wcześniej był Miró, teraz Dali, a jeszcze za chwilę Gaudi. Tak, Cafe Gaudi również została odwiedzona przez nomadyczną duszę. W Katowicach.
 
  
Na krańcach kontynentalnej Europy

Na krańcach kontynentalnej Europy

    
           Jak jest na końcu świata? Niby zwyczajnie, ale kraniec ziemi zwykle ma to do siebie, że wyzwala refleksje na temat wieczności. Za to moje zetknięcia z krańcami ziemi zawsze były wietrzne. Im bardziej wysunięty przylądek, tym włos bardziej rozwiany i dusza bardziej rozedrgana. Rozmyta i mglista wie(trz/cz)ność jest mi chyba pisana. Nie ukrywajmy, w takich miejscach dochodzi do drgawek psychosomatycznych, czy tego chcemy czy nie. Kto odczuwa tylko ciałem, zwykle mało odczuwa, ale kto odczuwa jedynie duszą, niestety mija się z rozkoszą. Wiatry krańców świata pozwalają doświadczać w dwójnasób, może dlatego tak przyciągają wędrowców.


Cabo da Roca (Portugal)



          Julian Gracq (w La Forme d'une ville) powiedział, że ten, kto w swoich wspomnieniach widzi miasto, trzyma się kilku obrazów budynków jak marynarz szukający boi, które zaprowadzą go do portu. Wczoraj jednak samo miasto stało się moim marynarskim wspomnieniem, wspomnieniem i rzeczywistością jednocześnie, a ja dryfowałem bez steru, mijając boje. Może najgłębszą melancholią podróżnika jest to, że radość powrotu zawsze zmieszana jest z czymś, co trudniej opisać, że to, za czym się tęskniło, przetrwało i bez ciebie, że aby naprawdę mieć to przy sobie, trzeba by na zawsze zostać tam, gdzie się to coś znajduje. Ale w tym celu trzeba by stać się kimś, kim być nie można: tym, kto zostaje w domu. Prawdziwy podróżnik żyje rozdarciem, napięciem między docieraniem do celu i ponownym opuszczaniem, a równocześnie rozdarcie to stanowi kwintesencję jego życia: on nie należy do żadnego miejsca. Temu „wszędzie", po którym się nieustannie porusza, zawsze będzie czegoś brakować; jest wiecznym pielgrzymem braku, utraty, i podobnie jak prawdziwi pielgrzymi w tym mieście, szuka czegoś, co leży jednak dalej niż grób apostoła czy wybrzeże Finisterre – czegoś, co go woła i pozostaje niewidzialne, czegoś niemożliwego.




Fisterra (España)



Fisterra (España)


          To fragment książki Ceesa Nootebooma Drogi do Santiago, która towarzyszyła mi podczas przygotowań do wyjazdu do świętego miejsca. Zacytowane słowa znajdują się tuż przed końcem książki, prawie u kresu ponad trzydziestoletniej wędrówki tego holenderskiego podróżnika i pisarza. Te słowa to również dla mnie zwieńczenie melancholijnych poszukiwań – zarówno literackich, jak i tych wypraw na „koniec ziemi" – Finisterre. Zadziwiające było doświadczenie tego miejsca, chociaż nie przeszłam nawet kilometra z prawie tysiąckilometrowej Camino de Santiago. Byłam wcześniej na portugalskim Cabo da Roca i wyobrażałam sobie kraniec świata podobnie – mrocznie, chmurnie, wietrznie, groźnie, niebezpiecznie. Jednak kres drogi św. Jakuba, gdzie pielgrzymi palili swoje ubrania, żegnając się z dotychczasowym życiem, okazał się oazą. Spokój, jaki towarzyszył temu miejscu, zlewał się z wyobrażeniem raju. To wywróciło mój już wywrócony porządek pojmowania świata. Zakłóciło na chwilę pesymistyczny obraz kresu... i pokazało coś jeszcze (gorszego, jak się teraz nad tym zastanawiam) – nie było tam żadnego kresu; niezmącona woda oceanu zlewała się w jedno z równie przejrzystym niebem. Kolistość melancholii powróciła, a ja nie potrafiłam sobie wyobrazić ukojenia. Może dlatego szybko ruszyliśmy wzdłuż Costa da Morte, Wybrzeża Śmierci, aż do Muxii, gdzie zobaczyłam swój – dramatyczny, pełen namiętności i nieposkromienia – koniec świata...


Muxía (España)

          A potem była jeszcze wyprawa po Algarve, najcieplejszym miejscu Europy (to ponoć ja przyniosłam tam deszcz, ale kto to wie...)


droga do Sagres - sam koniuszek Portugalii


                                           i wypatrywanie brzegu Afryki z plaż Taryfy

widok z Taryfy na Gibraltar


   

INÉS, INÉS, INESITA, INÉS - kilka słów o autorce


Skoro dziś są urodziny autorki bloga, to będzie też kilka słów o niej. Kiedyś jej galisyjski współlokator zawsze na jej widok wyśpiewywał jej imię, wzorując się na znanej w Hiszpanii piosence. Temat jej nie napawa optymizmem, ale refren pobrzmiewa w uszach jeszcze przez długi czas. Czy jest to piosenka o autorce?
Hoy me he levantado he visto destrucción
he bajado al parque y solo hay dolor
hoy no sale el sol solo hay destrucción
Ines, Ines, Inesita Ines
Hoy no sale el sol solo hay dolor

Estoy sola en casa, en mi habitación
donde estan mis padres que se les llevó
hoy no sale el sol solo hay destrucción
Ines, Ines, inesita Ines
Hoy no sale el sol solo hay dolor
Ines, Ines, inesita Ines

Así es el cinismo de la humanidad
cedieron el futuro a la industria militar
hoy no sale el Sol solo hay dolor
Ines, Ines, inesita Ines
hoy no sale el Sol solo hay destrucción
Ines, Ines, Inesita Ines

El mundo en que vives es irracional
nada les importa y es muy tarde ya
es muy tarde ya para cambiar
Ines, Ines, Inesita Ines
es muy tarde ya para cambiar
Ines, Ines, Inesita Ines

Un día llegará mi oportunidad
trabajo por un mundo al que tengo que cambiar
lucho por la paz y la libertad
Ines, Ines, Inesita Ines
lucho por la paz y la libertad



     
Café Miró - Joan Miró i odrobina Katalonii w Budapeszcie

Café Miró - Joan Miró i odrobina Katalonii w Budapeszcie


Hiszpania jest wszędzie. To tak, jak powiedzieć: miłość jest wszędzie. I wcale nie będzie to wielkim minięciem się z prawdą. Bo jak o czymś ciągle myślisz, to w końcu to samo się zjawia. Ale pod jaką postacią? U mnie najczęściej kulinarną. A jakże! Nie byłoby pewnie tego bloga, gdyby nie smakowitości. Cóż zrobić, jestem łasuchem. Ale dzięki temu łasuchowaniu często trafiam na miejsca wyjątkowe. Tak było i tym razem, i chociaż nie w Hiszpanii, to jednak z jak najbardziej hiszpańskim smakiem. Tak, nawet spacerując uliczkami innych miast, napotykam na swojej drodze hiszpańskie zakątki. Nie wnikam, czy to za sprawą boskich koincydencji czy po prostu ogromnej popularności Hiszpanii w świecie. Nieważne. Ważne, że tak się zdarza. I ważne, że poruszę w tym poście kilka tematów, które jakimś dziwnym trafem omijają mój blog. Będzie o Katalonii i o malarstwie. O obu po trochu. No i o smakach, ale to żaden rarytas.



Café Miró w Budapeszcie


Tego dnia uporczywie szukaliśmy typowo węgierskich smaków. I nawet nam się udało, ale coś niespodziewanie stanęło na drodze. Ni mniej, ni więcej, tylko Café Miró. Uroczo i ekstrawagancko zaaranżowana knajpka w sercu Budapesztu. Miejsce to wabi z daleka swym niespotykanym wystrojem i odwagą na miarę swego patrona. Przepyszne asymetryczne kształty i wyraziste kolory, wyszukane menu i całkiem adekwatne do pomysłu ceny. To wszystko, czego inspiracją jest kataloński malarz i rzeźbiarz rodem z Barcelony.



Café Miró w Budapeszcie



Joanem Miró Hiszpanie chwalą się tak, jak Pablem Picasso, choć ten drugi bezsprzecznie znany jest o niebo lepiej (choćby tylko z nazwiska). Nie ma nawet znaczenia, że jeden jest Katalończykiem a drugi Andaluzyjczykiem. Obaj przysparzają dumy całemu narodowi, bo obaj stali się prekursorami ważnych nurtów w historii malarstwa. Miró kształtował swój styl, próbując się w różnych kierunkach. Nie tylko artystycznych. Uchodził za człowieka wyjątkowo zorganizowanego i uporządkowanego. Być może właśnie dlatego jego dzieła pełne są kolorowej i wybujałej fantazji. Miró daleko do ekstrawaganckiego życia swego katalońskiego pobratymca Salvadora, choć może dzięki temu sztuka tego pierwszego wydaje się bardziej autentyczna i przekonująca. Ale nie będę ukrywać, Dalí swego czasu fascynował mnie co nie miara. Zaczytywałam się w jego Dzienniku geniusza i Moim sekretnym życiu. Ten wąsacz potrafi skrajnie jawnie pisać o swoim intymnym życiu, które w większości było jednym wielkim przedstawieniem z niespotykanie egocentryczną reżyserią. Być może nawet komentarz do jego życia i sztuki wnosi więcej do historii sztuki niż sama sztuka. Z pewnością jednak hochsztaplerstwo miesza się z geniuszem. Ale dziś (11 maja) zamiast oceniać, lepiej wypijmy za zdrowie i 108 urodziny wąsacza! A jaki jest Miró?



Café Miró w Budapeszcie





Café Miró w Budapeszcie


No i na koniec to, co kulinarni podróżnicy lubią najbardziej. Jeden z nich zaserwował sobie honey chilli duck, co było wyborem trafnym, bo zdecydowanie rzadko spotykanym. Smak potrawy zmieniał się w zależności od położenia w podniebieniu i czasu przetrzymywania jej w ustach. Momentami słodkie, ciągle pikantne. Danie w Café Miró było dokładnie takie, jak twórczość i życie samego inspiratora.



danie w Café Miró w Budapeszcie


Drugie danie o nieco łagodniejszym smaku, acz bardziej fikuśnym wyglądzie dawało odetchnąć po miodowo-pikantnych szaleństwach. Nabrzmiałe risotto stanowiło doskonałą bazę pod wyjątkowo kruche i rozpływające się w ustach mięso.



danie w Café Miró w Budapeszcie



Bo dworzec to podróż. I już!

Bo dworzec to podróż. I już!


         Na początku był dworzec. Od niego bowiem wszystko się zaczyna. Każda podróż o niego zahacza i każda stopa przez niego przechodzi. Tak. Z pewnością dworzec był w zamyśle Pana, kiedy myślał on o świecie. Lecz nie dał go ludziom od razu. Widocznie musieli zasłużyć. Dworzec to w końcu rzecz nie byle jaka. Przez dworce toczą się pociągi i samo życie. Raz wolniej, raz szybciej, raz z opóźnieniem, innym razem z pośpiechem. Czasem od przypadku, a czasem na stałe. Dworzec pomieści każdego, o każdej porze.
         Lubię, kiedy na dworcu... kiedy jestem na dworcu, bo to oznacza podróż. I już!


dworzec kolejowy w Almeríi




dworzec kolejowy w Almeríi




dworzec kolejowy w Almeríi





dworzec kolejowy w Almeríi




dworzec kolejowy w Almeríi




dworzec kolejowy w Almeríi



   
Tytan architektury - lśniący potwór z Bilbao

Tytan architektury - lśniący potwór z Bilbao


       Jeśli uważasz, że sztuka współczesna nie zachwyca, to jesteś w błędzie. Jeśli architektura naszych czasów psuje ci krajobraz, to czas nieco odświeżyć swoją percepcję. Jeśli wierzysz, że liczy się tylko wnętrze, muszę cię rozczarować. Jeśli sądzisz, że pop-art nie może być wielki, to miejsce z pewnością Cię zaskoczy. Nie zajmie to nawet kilku minut. Efekt jest piorunujący. To "efekt Bilbao". Określenie to udowadnia, że kultura i sztuka we współczesnym świecie ma znaczenie i, co więcej, potrafi być lukratywna. "Efekt Bilbao" oznacza również sukces o wiele większym znaczeniu niż sama sztuka. Jeden budynek wystarczył, by osiągnąć wzrost gospodarczy miasta i przyciągnąć do północnego miasta Hiszpanii rzesze turystów. Do miasta, trzeba zaznaczyć, które wcześniej uchodziło za mało atrakcyjne i do tego niebezpieczne.



Mamá by Louise Bourgeois


           Teraz miasta strzegą różne monstra i potwory. Największym jest oczywiście tytanowy smok, ale grozę budzi wielka ciężarna pajęczyca - Mamá Louise Bourgeois. Malowniczo komponuje się na tle swego monumentalnego przyjaciela i z dumą eksponuje swoje przyszłe potomstwo:



Mamá by Louise Bourgeois




Mamá by Louise Bourgeois


          Wystarczył jeden budynek, by wzbudzić wszechobecną euforię. Jeden budynek, ale o gigantycznych rozmiarach. Nie trzeba wytężać wzroku, żeby go zobaczyć. Wielkie tytanowe bryły widać z daleko. Z wielu punktów miasta w słońcu prężą się grzbiety rysowane ręką Franka Gehry'ego. Gdy w pochmurnym Kraju Basków słońca nie ma, dachy Muzeum Guggenheima przybierają innego odcienia. Bez względu na pogodę z budynku emanuje niezwykła moc, a ze względu na nią tytanowe płyty przybierają różne barwy. Mnie udało się spędzić słoneczne dni w Bilbao, więc i ściany budynku odbijają w sobie przejrzystość pogodnego nieba.










            Muzeum Guggenheima to także raj dla artystów popkultury. Pewien ekscentryczny mężczyzna, swego czasu pozujący w wyuzdanych i pornograficznych pozach ze swoją żoną Iloną Staler (małżeństwo trwało niespełna rok, ale było niezwykle owocne), szerzej znaną jako Cicciolina, do własnego projektu Made in heaven, upodobał sobie śliskie i błyszczące materiały. Niektórzy rozpływają się w zachwycie nad kolorami, połyskiem i słodyczą prezentowanych przez niego prac, a do czego one nawiązują, to małym dzieciom raczej nie trzeba nazbyt wcześnie mówić. Ale śmiało można jechać do Bilbao i podziwiać tulipanki:



Tulips by Jeff Koons


oraz uroczego pieska, maleńkiego, bo wykonanego zaledwie z dwudziestu pięciu ton ziemi, siedemdziesięciu tysięcy roślin i stalowego stelaża, szczeniaczka:



Puppy (cachorro) by Jeff Koons


A ciekawskim polecam tekst Krzysztofa Lenartowicz, Smok szalony w Bilbao



    
Czekolada – Hiszpanie jednoczą świat

Czekolada – Hiszpanie jednoczą świat

    
Hiszpania czekoladą płynie. Nie ma w tych słowach wiele przesady. Kiedy otwieram książki hiszpańskich autorów lub te o Hiszpanii, słyszę, jak bohaterowie podnoszą filiżanki z gorącym płynem i powoli go popijają. Słyszę, jak bohaterki dramatów w maleńkich filiżankach mieszają łyżeczkami czekoladę i ze smakiem je oblizują. Jak znad tekstu unosi się znany nam wszystkim aromat. Kiedy jestem w Hiszpanii, na każdym kroku widzę kawiarnie oferujące gorącą płynną czekoladę. Nie boję się więc użyć raz jeszcze tych słów: tak! Hiszpania czekoladą płynie.




Chocolate con churros / Murcia



Ale przecież nie było tak zawsze. Wyobraźmy sobie smutne czasy naszych przodków, kiedy w Europie i innych miejscach świata nie znano tego słodkiego afrodyzjaku. Czy potrafimy wyobrazić sobie życie bez czekolady? Z trudnością. A przecież jeszcze parę wieków temu nikt o niej nie słyszał. Ba! Niektórzy nawet, jak usłyszeli, nie chcieli jej zaakceptować. Ale zacznijmy od początku, czyli od początku historii, w której to Hiszpania – za sprawą czekolady – zjednoczyła świat.




Chocolate con churros / Murcia




Zatem przypatrzmy się uważnie mapie Hiszpanii. Zjedźmy na samo Południe. Następnie przekroczmy Gibraltar, przepłyńmy cieśninę i Północą Afryki udajmy się na Wschód. Spróbujmy odtworzyć drogę Arabów, którzy ze swymi smakołykami przybyli do Europy w 711 roku. Maurowie dali Europie więcej niż od niej dostali. Pomijając tak ważne nauki, jak matematyka, astrologia czy filozofia antyczna, na stoły mieszkańców Al-Andalus trafiły orzechy, bakalie, migdały, miód, cukier, liczne owoce, warzywa i przyprawy. Niestety wśród tych wszystkich delicji nie znalazła się czekolada. 





Chocolate con churros / Murcia



Zapewne dlatego, że chrześcijanom nadal czegoś istotnego na podniebieniu brakowało, udali się oni w inne rejony globu. I owszem, dotarli. I dostali coś, o czym nawet nie potrafili zamarzyć. Co więcej, nie potrafili docenić daru, jakim uraczyli przybyszów z innego świata Aztekowie. Dla nich czekolada była napojem niezwykle cennym, bo rzadkim, nawet boskim, danym ludziom przez mitologicznego Quetzalcóatla (Majom ofiarowała ją ich bogini Xmucané). Czekolada (w języku nahuatl xocolātl - gorzka woda) służyła celom rytualnym, ale dzięki magicznym właściwościom także niejedno małżeństwo dzięki niej się złączyło. Królewska gościnność Azteków nakazywała dać gościowi to, co najlepsze, dlatego, gdy Hernán Cortés przybył do króla Azteków, ten poczęstował go tym, co najlepsze. Cortés szybko odkrył wartość ziaren kakaowca i w swym dzienniku zapisał: "cuando uno lo bebe, puede viajar toda una jornada sin cansarse y sin tener necesidad de alimentarse" (kiedy ktoś ją pije, może podróżować przez cały dzień bez zmęczenia i bez potrzeby pożywiania się). Mądry konkwistador nie omieszkał skorzystać z gościnności przodków dzisiejszych Meksykanów znacznie bardziej niż oni by sobie tego życzyli i przywiózł królowi Hiszpanii boski napój. Wcześniej już Krzysztof Kolumb z pierwszej wyprawy do Nowego Świata przywiózł ziarenka kakao, ale te gorzkie i o dziwnej aparycji nie zyskały odpowiedniej aprobaty. Dopiero po pewnym czasie w kakaowym naparze zakochały się hiszpańskie kobiety. Dla urozmaicenia smaku lubiły od czasu do czasu dorzucić do tego napoju jakąś przyprawę.




Chocolate con churros / Murcia



I już zmierzamy do sedna. Kiedy tak kobiety w całej Hiszpanii siedziały w swych fotelach i popijały gorzki płyn, mniszki z Monasterio de Piedra w Saragossie wpadły na zupełnie genialny pomysł, który zrewolucjonizował myślenie o ziarnach kakaowca i stworzył czekoladę. Otóż te zakonnice, by zdzierżyć wielogodzinne modlitwy, przygotowywały sobie przeróżne wspomagacze, eksperymentując i mieszając ze sobą liczne składniki i smakołyki. Aż któregoś razu sprytne siostrzyczki do gorącej czekolady oprócz chilli dodały również cukier oraz cynamon. Tak oto w Hiszpanii w jednej filiżance czekolady zjednoczył się cały świat. Kakao z Ameryki Południowej, arabski cukier, azjatycki cynamon i żądne podniebienie wprost z Europy wystarczyły, by na długie wieki nie zapomniano o czekoladzie. A dziś 12 kwietnia – Światowy Dzień Czekolady.

* Za inspirację do napisania tekstu, wiedzę i ciekawy wykład dziękuję pani Pilar Gil Canovas. 

     

Smakować życie i świat

Od dawna szukam klucza do swojej opowieści. Nie można opowiadać czyimś językiem, tak samo jak nie da się być na czyimś miejscu. A czy ka...

Copyright © 2014 taken from travel , Blogger