Odegnać złe meigas queimadą galegą

Odegnać złe meigas queimadą galegą




  


           Pielgrzym wędrujący w średniowieczu do grobu świętego Jakuba musiał  liczyć się z ogromnym niebezpieczeństwem. Pułapki i pokusy czyhały nań z każdej strony, przejawiały się na najróżniejsze sposoby. Mogli to być poukrywani wzdłuż całej trasy złodzieje, zbójcy i inni wandale, ale także głodne dzikie zwierzęta, złe duchy oraz niebezpieczne meigas, czyli galisyjskie czarownice. Pędziły one swój żywot w mokrych lasach i na zamglonych szczytach gór Galicji. Upodobały sobie to miejsce ze względu na sprzyjające im warunki: deszcze, chmury i mgły, dzięki którym łatwo mogły kryć się przed ludźmi. Wiedźmy wybrały na swoją siedzibę Galicję (niektóre wybyły także do Asturii), by tutaj, tuż przed kresem Camino de Santiago, nękać i kusić strudzonych wędrowców. Przybierały one różne postaci. Niektóre, niczym słowiańskie rusałki, zamieszkiwały okolice rzek i hipnotyzowały swym śpiewem przychodzących po wodę. Niektóre wolały mieszkać w podziemnych pałacach. Inne wróżyły z kart i przewidywały przyszłość. Jeszcze inne wyczyniały harce, robiły fikołki i skakały aż do nieba. Wszystkie miały do czynienia z nieczystymi mocami i paktowały z diabłem. Najgorsze jednak były te, które zachodziły do ludzkich domostw, porywały dzieci i wysysały z nich krew. Od tej czynności - ssania - nazwano je meigas chuchonas (po kastylijsku chupadoras), czyli czarownice ssące. Doczekały się one nawet kilku wersów w twórczości poetów galicyjskich, między innymi najważniejszej z nich, Rozalii Castro, a na płótnie uwiecznił je Hand Baldung Grien:


Hand Baldung Grien, Meigas

            Meigas, chociaż już coraz rzadziej zaglądają do domów, cały czas kryją się po górach i lasach w nadziei na to, że jakiś zbłąkany pielgrzym wpadnie w ich szpony. Czasem zdarza się tym czarownicom zapuścić również do miasta, ale to raczej nie jest rewir im przeznaczony. Ja co prawda spotkałam jedną w Oviedo, ale wydawała się być nieco zmieszana i odleciała, nie robiąc mi żadnej krzywdy.


Meiga w Oviedo

            Ludzie ze strachu przed meigas i innymi złymi duchami zaczęli wymyślać przeróżne sposoby, które  pozwoliłyby im chronić się przed złem i odganiać wszelkie niebezpieczeństwo. Najskuteczniejszą metodą okazywało się wspólne przygotowywanie specjalnej alkoholowej mikstury - queimada galega. Ważne były nie tylko rozmaite składniki, ale także (a może przede wszystkim) jedność ludzi, gromadzenie się rodziny i przyjaciół, by razem uczestniczyć w rytuale wypędzania meigas z ich życia. Przygotowywanie queimady służyło więc przed wszystkim umacnianiu więzi i przyjaźni w imię zasady, że dużej grupy żadne zło nie tknie. 

            Kiedy już wszyscy zgromadzeni zasiedli przy stole lub wokół ogniska, zaczynano odprawiać obrzęd. Trzeba było najpierw przygotować niezbędne składniki i specjalnie do queimady służące naczynia: brązowy gliniany kociołek, małe filiżaneczki oraz odpowiednią łyżkę:


foto by Gosia

             Zaczynał się obrzęd bardzo podobny do tego, w którym miałam przyjemność uczestniczyć, a wraz z  nim dość skomplikowane przyrządzanie mikstury. Niestety z powodu mojego osobistego bardzo zaangażowanego emocjonalnie uczestnictwa w rytualne, nie bardzo wiem, co trzeba zrobić, by queimada spełniała swoją funkcję i do tego jeszcze dobrze smakowała. Zostawmy to mistrzom. Powiem tylko, że do kociołka wlewa się aguardiente, czyli "ognistą wodę" (brandy) - specjalny mocny hiszpański alkohol oraz cukier. Potem się miesza, przelewa, zapala. Na koniec dodaje się składniki o specjalnym znaczeniu: ziarenka kawy, kawałeczki jabłka i skórki z cytryny lub pomarańczy. Efekt piorunujący. Kiedy już queimada płonie pięknym niebieskim ogniem, na głos zaczyna odmawiać się niczym litanię słowa nazwane conxuro (przeszukałam dziś połowę domu, żeby znaleźć małe zawiniątko z conxuro, które dostałam podczas ceremonii, ale gdzieś się zapodziało i musiałam skorzystać ze sprawdzonych źródeł). Mają one oczywiście na celu wypędzenie meigas i wszelkich złych duchów:

Búhos, lechuzas, sapos y brujas.
Demonios, duendes y diablos,
espíritus de las vegas llenas de niebla.
Cuervos, salamandras y hechiceras,
hechizos de las curanderas.
Podridos leños agujereados,
hogar de gusanos y alimañas.

Fuego de las Santas Compañas,

mal de ojo, negros conjuros,
hedor de los muertos, truenos y rayos.

Aullido del perro, pregón de muerte;

hocico del sátiro y pata de conejo.
Pecadora lengua de mala mujer
casada con hombre viejo.

Averno de Satán y Belcebú,

fuego de los cadáveres ardientes,
cuerpos mutilados de los indecentes,
pedos de los infernales culos,
mugido de la mar embravecida.
Barriga inútil de la mujer soltera,
maullar de los gatos que andan en celo,
melena sucia de la cabra mal parida.

Con este fuelle levantaré las llamas

de este fuego que se asemeja al del Infierno,
y huirán las brujas a caballo de sus escobas,
yéndose a bañar a la playa de las arenas gordas.
¡Oíd, oíd! los rugidos que dan
las que no pueden dejar de quemarse
en el aguardiente quedando así purificadas.

Y cuando este brebaje baje por nuestras gargantas,

quedaremos libres de los males de nuestra alma
y de todo embrujo.

Fuerzas del aire, la tierra, el mar y el fuego,

a vosotras hago esta llamada:
si es verdad que tenéis más poder que la humana gente,
aquí y ahora, haced que los espíritus de los amigos que están fuera,
participen con nosotros de esta queimada.


             Często do prowadzenia ceremonii zapraszano mnicha. Ja właśnie w takiej wersji uczestniczyłam. Mnich sam w sobie nieco przypominał ducha, ale rozgrzał nam ciała i serca, o co przecież w tym obrzędzie chodzi.


Santiago de Compostela, przygotowywanie queimady



Pielgrzym na jakubowym szlaku

Pielgrzym na jakubowym szlaku



Stoję i patrzę, ale to nie moje oczy patrzą: to oczy tych innych, dawniejszych pielgrzymów. To ich wzrok, ich widok, na który zasłużyli sobie wędrówką, niebezpieczeństwami, wiarą, zaryzykowali życie i zrezygnowali ze wszystkiego, żeby ten jeden raz znaleźć się w pobliżu świętego, jego relikwii. teraz widzą miasto, wieże katedry; jeszcze tego samego dnia przejdą przez Puerta Francigena, będą się wspinać po schodach katedry, położą dłoń na tym pustym miejscu w kształcie dłoni na środkowej kolumnie Pórtico de la Gloria, o którym tyle słyszeli, będą się modlić przy grobie apostoła i otrzymają odpust zupełny. To byli inni ludzie, w ich głowach, choć takich samych, pojawiałam się inna myśl. Niektóre miejsca to mają: czar sprawiający, że uczestniczysz w myślach innych, nieznanych ludzi, którzy żyli w świecie, który nigdy nie stanie się twoim. / Cees Nooteboom, Drogi do Santiago

Od wieków sens życia ludzi stanowi podróż. Właściwie cała kultura europejska zbudowana jest na przekonaniu, że navigare necesse est. Nie bez kozery jedno z największych dzieł ludzkości to kilkusetstronicowa Odyseja. Potrzeba podróżowania wpisała się niejako w buńczuczne pojęcie człowieczeństwa. Dopóki podróżujesz, dopóty żyjesz. Może to być celowa wędrówka lub błąkanie się bez określonej predestynacji. W przypadku pielgrzymek przynajmniej to jedno jest wiadome - po co udajemy się w drogę. Może nie wiemy tego od razu, ale trud wędrowania uświadamia nam, co jest sednem. Dla każdego ma ono inny wymiar. Jednak bodaj nie zdarzył się pielgrzym, który nie uronił łzy przed obliczem tego, do czego dążył. Przed katedrą w Santiago zawsze można spotkać kogoś do cna wzruszonego. Bez względu na to, czy szedł pieszo czy konno, czy wyruszył jeszcze w Niemczech czy dopiero w Burgos, czy jego celem była pokuta czy czysta ciekawość, czy dokonał tego w mrokach średniowiecza czy kilka dni temu, czy był wierzącym czy tylko głębokim myślicielem, w drodze to bez znaczenia. Ważne – jak mówi Nooteboom – że jeszcze tego samego dnia będzie wspinał się po schodach katedry. 

Droga średniowiecznego pielgrzyma nie była łatwa. W głowie miał on przecież mnóstwo przesądów, a i na każdym kroku czyhało na niego niebezpieczeństwo. Zaśnieżone Pireneje, mroczne baskijskie lasy, ukryte złe meigas w każdym zakątku Camino i zbóje z prawdziwej krwi i kości. A jednak taki pielgrzym szedł, w mróz, deszcz i upał, w jednej łachmanie i zdartych sandałach, od schroniska, do schroniska. Jeśli nie doszedł na czas, musiał obejść się bez dachu nad głową. Tak wynędzniały docierał do kresu drogi, bo prowadziła go muszla – symbol Camino de Santiago, który widnieje na lasce każdego pielgrzymującego po jakubowym szlaku. Przyjrzyjmy się wizerunkom tych śmiałków:




mozaika na Cabo de Fisterra




może to jeszcze zwykły pielgrzym albo już sam św. Jakub



Każdy, kto odbył pielgrzymkę na pieszo albo na rowerze, mógł, jeśli tylko chciał, dostać stempel i zostać dopisanym do wielkiej księgi. „Często ludzie wybuchają tu wtedy płaczem" [...]. Kto wytrwał, otrzymywał pewnego rodzaju dyplom; na jego podstawie można było przez trzy dni nocować za darmo w Hostal de los Reyes Católicos, wprawdzie nie w najpiękniejszych pokojach, ale jednak. Ten, kto tam nocuje, ma wrażenie, że w pojedynkę odgrywa królewski spektakl, a przynajmniej że musi robić szlachecką minę, gdy wychodzi na zewnątrz przez platereskowy portal. Gotyk, renesans, barok, w tym budynku wszystko zlewa się ze sobą. / Cees Nooteboom, Drogi do Santiago




pielgrzym na ulicy w Santiago




Pielgrzym na ulicy w Santiago



Pielgrzym leżący przed katedrą na Plaza del Obradoiro



nadruk na koszulce



nadruk na koszulce


     
Mojácar na Walentynki: pusto, słodko i upojnie

Mojácar na Walentynki: pusto, słodko i upojnie

   
          14 lutego 2011 roku. Pogodny, choć mało słoneczny dzień. Na stacji w Almeríi dziewczyna w czerwonym płaszczyku wsiada do autobusu jadącego na północny-zachód. Wysiada na stacji Mojácar. U podnóża wzniesienia wita ją sad pełen kwitnących cytryn i pomarańczy. Dziewczyna próbuje cieszyć się widokiem, ale słońce nie jest zbyt przychylne i woli raczej odpoczywać za chmurami. Przed dziewczyną długa droga, pełna maleńkich uliczek i schodków, pełna nieruchomych kwiatów i zwinnie poruszających się kotów. Lenistwo dopada w tej wiosce psy i ludzi. Dziewczyna nie widzi ludzi. Nie widzi nikogo. Jest zupełnie pusto. Ma ochotę zjeść coś dobrego, z samego szczytu wabi ją restauracyjny napis "Jamón, jamón". Wchodzi na górę, podziwiając po drodze cudne krajobrazy i jeszcze cudniejsze architektoniczne dokonania tamtejszej ludności. Zamknięte. Idzie więc dalej, zastanawiając się, co począć w tej mieścinie, jakkolwiek uroczej, ale przecież chłodnej i bezludnej, przez najbliższe długie godziny. Robi jedno okrążenie, drugie, po raz kolejny przechodzi przez jedno z serduszek miasta i... nagle ktoś zaprasza ją na degustację. Początkowo się opiera, ale jest to dość ciekawa alternatywa do samotnego błąkania się po zimnej okolicy. Wchodzi do małego sklepiku. Sklepik to pachnący, istnie cynamonowy. Pełen likierów, konfitur i innych lokalnych przetworów. Właściciel sklepiku też tego dnia jest sam, więc dziewczyna w czerwonym płaszczyku zostaje u niego nieco dłużej. Piją jeden likier za drugim, gawędzą o podróżach, historii, o Polsce i Hiszpanii. Opowiadają sobie o sobie i nieco o życiu. Na koniec dziewczyna dostaje pewną książkę z dedykacją: Con todo el cariño para Agnieszka, un abrazo fuerte. Jose Antonio Moya 14.02.2011.





















  








Romería de San Cecilio - święto Granady

Romería de San Cecilio - święto Granady

              
          Dziś, czyli w pierwszą niedzielę lutego, Granada świętuje na cześć swego patrona, San Cecilio. To on wybawił ludność tego miasta od plagi, która zdewastowała je w 1599 roku. Zrobił to oczywiście z zaświatów bo sam żył w pierwszym wieku naszej ery i został wybrany przez św. Piotra i Pawła, aby ewangelizować Hiszpanię. Jego praca kapłańska nie poszła na marne, chociaż przypłacił ją życiem i męczeństwem. Ale dzięki swemu poświęceniu, a także i wstawiennictwu u Pana zyskał wielu zwolenników i wyznawców. Legenda głosi, że jego uczniowie spisali dzieje jego życia na ołowianej blaszce, którą ukryli między białą a czarną skałą. Po kilkunastu wiekach tę historię odnaleziono i wysłano do Rzymu. Według spisanej hagiografii ciało świętego spalono, a prochy pochowano razem z laminatami. Nic więc dziwnego, że po odnalezieniu historii zmarłego, szybko zaczęto znajdować również liczne relikwie po San Cecilio. Między innymi prochy, które następnie pochowano w wybudowanym na wzgórzu Sacromonte opactwie - Abadía del Sacromonte. Od tamtego momentu, czyli od początku XVI wieku 1-ego lutego, czyli w dzień męczeńskiej śmierci świętego w Granadzie obywają się pielgrzymki do miejsca jego pochówku. Trasa ciągnie się przez jedną z najpiękniejszych dzielnic miasta. Wzdłuż całej drogi kwitnie rozmaryn, który po hiszpańsku brzmi romero. To słowo oznacza również pielgrzyma peregrynującego do Rzymu. W tym przypadku - Romería de San Cecilio de Granada - romeria jest zarówno pielgrzymką, jak świętem, jak i kwitnącym rozmarynem. Nie mówić o przepięknych widokach, które umilają drogę. Zapraszam Was do przejścia się na Wzgórze razem ze mną:











































































          Romería nie ma charakteru męczeńskiego i smutnego. Mieszkańcy Granady radośnie wędrują na wzgórze, gdzie odbywa się msza. Tego dnia nie może zabraknąć procesji, które Andaluzyjczycy wprost ubóstwiają. Początek lutego zdecydowanie należy do patrona Granady. To jego figura ciąży na barkach niosących ołtarze. W kościele na wzgórzu Sacromonte wymodlić można sobie u San Cecilio wiele łask, a także zapewnić sobie szczęście w życiu miłosnym: może to być małżeństwo lub jego brak. No cóż, o rozwody też można się modlić. Wystarczy jedno dotknięcie (lepiej jednak pocałować) któregoś z dwóch kamieni: białego bądź czarnego. Kiedy pomyślności zostają zapewnione wszyscy udają się na poczęstunek fundowany przez władze miasta. Kolejki po darmowe potrawy z bobu czy dorsza, a nawet wino!, prawie się nie kończą. Widać, władze Granady wiedzą, jak zjednywać sobie mieszkańców.
          A tak Granada świętowała rok temu. Video znalezione na YT. Sama robiłam tylko zdjęcia, które zamieściłam wyżej:)





    
     
Marzenie nie tylko pielgrzyma – katedra w Santiago

Marzenie nie tylko pielgrzyma – katedra w Santiago

    
          W Santiago de Compostela nie da się przejść, nie widząc katedry. Ba! Nie da się przejść, nie zachwyciwszy się nią. Jakoś tak się składa, że w tym mieście wszystkie drogi prowadzą do niej. Na Plaza del Obradoiro krzyżuje się sześć dróg całego Jakubowego szlaku. Ci, przybywający z Północy szlakiem angielskim i północnym, i ci z Południa szlakiem portugalskim i Sanabrés, i ci z Zachodu idący z Fisterra, i ze Wschodu szlakiem francuskim, wszyscy spotykają się w samym sercu miasta – u bram jednej z najpiękniejszych chrześcijańskich świątyń.
Na tym placu ma się wrażenie przestronności, granitowa płaszczyzna między granitowymi klejnotami; z powodu wysokości, na jakiej się znajduje, widać jedynie dal i niebo. A to  z a w s z e  jest piękne. Śnieg, noc, grad, lód, księżyc, deszcz, mgła, burza, słońce - wszystkie one mogą robić z Plaza del Obradoiro co chcą: zmieniają gesty, postawy i kroki ludzi, kąsając ich swoim zimnem bądź upałem, smagając lub przesłaniając, spowijając światłem albo ciemnością, sprawiają, że plac pustoszeje lub się zapełnia - nieustannie zmieniający się rysunek, którego częścią człowiek się staje, gdy tylko wejdzie na ten czworokąt, podobnie jak tańczące figury na zachodnim niebie, ruchomy element w dziele sztuki, którego projekt wymyślił ktoś inny – pisze w "Drogach do Santiago" Cees Nooteboom.

          Myślę, że gdyby Rzym się o tym dowiedział, byłby po stokroć rozczarowany i zazdrosny. Chociaż może miejsc świętych strzegą Aniołowie, więc i zazdrość i inne przywary ludzkie boją się przekroczyć granicę i czają się gdzieś za murami. W Santiago de Compostela nie było dnia, żebym nie przeszła obok katedry. Nie było dnia, żebym nie widziała rzeszy zmęczonych, strudzonych drogą pielgrzymów Camino de Santiago, którzy na klęczkach, ze łzami w oczach docierali do celu swej wędrówki. Nawet niewiernych wzrusza widok zabłoconych butów, przetartych spodni, przemoczonych ubrań i ciężkich plecaków na zbolałych plecach. Radość, jaka jaśnieje na twarzach pielgrzymów, nie pozostawia złudzeń: warto było przejść, przejechać rowerem czy konno te tysiąc lub więcej kilometrów, by utkwić wzrok w zielonych od mchu murach katedry.






Stoję i patrzę, ale to nie moje oczy patrzą: to oczy tych innych, dawniejszych pielgrzymów. To ich wzrok, ich widok, na który zasłużyli sobie wędrówką, niebezpieczeństwami, wiarą, zaryzykowali życie i zrezygnowali ze wszystkiego, żeby ten jeden raz znaleźć się w pobliżu świętego, jego relikwii. teraz widzą miasto, wieże katedry; jeszcze tego samego dnia przejdą przez Puerta Francigena, będą się wspinać po schodach katedry, położą dłoń na tym pustym miejscu w kształcie dłoni na środkowej kolumnie Pórtico de la Gloria, o którym tyle słyszeli, będą się modlić przy grobie apostoła i otrzymają odpust zupełny. To byli inni ludzie, w ich głowach, choć takich samych, pojawiałam się inna myśl. Niektóre miejsca to mają: czar sprawiający, że uczestniczysz w myślach innych, nieznanych ludzi, którzy żyli w świecie, który nigdy nie stanie się twoim.
(C. Nooteboom, Drogi do Santiago)



widok na katedrę z Parku Alameda




fasada południowa









fasada zachodnia







fasada zachodnia

           Pieczę nad katedrą sprawuje święty Jakub Apostoł. To nie jedyna jego funkcja, bowiem stał się on również patronem całej Hiszpanii. Ze szczytu swej katedry ma doskonały widok na cały kraj i wszystkich pielgrzymujących do Santiago. To żaden problem dla kogoś, kto po śmierci swoje ciało przetransportował z Jerozolimy do Galicji. Co prawda za pomocą Aniołów, ale ile ich wątłe skrzydła uniosą. W każdym razie ciało świętego legło w grobie w katedralnej krypcie po trzech wiekach poniewierki, kiedy to niejaki pustelnik Pelayo odnalazł je za pomocą deszczu gwiazd spadających na pobliskie pole. Stąd nazwa samego miasta. Santiago de Compostela. Jakub z Gwiezdnego Pola, z Pola Gwiazd (łac. campus stellae). Ale my nie o św. Jakubie, a o katedrze, której bez niego by nie było.



św. Jakub na szczycie katedry
         



            Katedra wygląda jakby żywcem została przeniesiona ze średniowiecza do naszych czasów. Spowita ornamentami z zewnątrz, wewnątrz prezentuje ducha prostoty i ascetyzmu. Surowe ściany z pewnością pamiętają każdy oddech zdyszanych wędrowców. Przetarte kamienie noszą w sobie tajemnice milionów pielgrzymów. Mech powodowany wilgocią osiadł na dobre na murach katedry i nikt już nawet nie próbuje go stamtąd usunąć. Kolejne jego warstwy kładą się na kamieniach niczym gotyckie zdobienia na romańskich fundamentach, a utwierdzają się w swym trwaniu niczym barokowe rzeźbienia na dokonaniach dwóch poprzednich epok. Mech na santiagowskiej katedrze układa swe warstwy nie gorzej niż średniowieczni mnisi na pismach zakazanych klasyków. To istny palimpsest. Czasem deszcz zmywa jakąś literę i nie można odczytać całej historii. Ale nikt tego tej katedrze nie wypomina. W deszczu przecież wygląda zdumiewająco.
    


katedra w deszczu, foto by Ania

    

Smakować życie i świat

Od dawna szukam klucza do swojej opowieści. Nie można opowiadać czyimś językiem, tak samo jak nie da się być na czyimś miejscu. A czy ka...

Copyright © 2014 taken from travel , Blogger