Marzenie nie tylko pielgrzyma – katedra w Santiago

    
          W Santiago de Compostela nie da się przejść, nie widząc katedry. Ba! Nie da się przejść, nie zachwyciwszy się nią. Jakoś tak się składa, że w tym mieście wszystkie drogi prowadzą do niej. Na Plaza del Obradoiro krzyżuje się sześć dróg całego Jakubowego szlaku. Ci, przybywający z Północy szlakiem angielskim i północnym, i ci z Południa szlakiem portugalskim i Sanabrés, i ci z Zachodu idący z Fisterra, i ze Wschodu szlakiem francuskim, wszyscy spotykają się w samym sercu miasta – u bram jednej z najpiękniejszych chrześcijańskich świątyń.
Na tym placu ma się wrażenie przestronności, granitowa płaszczyzna między granitowymi klejnotami; z powodu wysokości, na jakiej się znajduje, widać jedynie dal i niebo. A to  z a w s z e  jest piękne. Śnieg, noc, grad, lód, księżyc, deszcz, mgła, burza, słońce - wszystkie one mogą robić z Plaza del Obradoiro co chcą: zmieniają gesty, postawy i kroki ludzi, kąsając ich swoim zimnem bądź upałem, smagając lub przesłaniając, spowijając światłem albo ciemnością, sprawiają, że plac pustoszeje lub się zapełnia - nieustannie zmieniający się rysunek, którego częścią człowiek się staje, gdy tylko wejdzie na ten czworokąt, podobnie jak tańczące figury na zachodnim niebie, ruchomy element w dziele sztuki, którego projekt wymyślił ktoś inny – pisze w "Drogach do Santiago" Cees Nooteboom.

          Myślę, że gdyby Rzym się o tym dowiedział, byłby po stokroć rozczarowany i zazdrosny. Chociaż może miejsc świętych strzegą Aniołowie, więc i zazdrość i inne przywary ludzkie boją się przekroczyć granicę i czają się gdzieś za murami. W Santiago de Compostela nie było dnia, żebym nie przeszła obok katedry. Nie było dnia, żebym nie widziała rzeszy zmęczonych, strudzonych drogą pielgrzymów Camino de Santiago, którzy na klęczkach, ze łzami w oczach docierali do celu swej wędrówki. Nawet niewiernych wzrusza widok zabłoconych butów, przetartych spodni, przemoczonych ubrań i ciężkich plecaków na zbolałych plecach. Radość, jaka jaśnieje na twarzach pielgrzymów, nie pozostawia złudzeń: warto było przejść, przejechać rowerem czy konno te tysiąc lub więcej kilometrów, by utkwić wzrok w zielonych od mchu murach katedry.






Stoję i patrzę, ale to nie moje oczy patrzą: to oczy tych innych, dawniejszych pielgrzymów. To ich wzrok, ich widok, na który zasłużyli sobie wędrówką, niebezpieczeństwami, wiarą, zaryzykowali życie i zrezygnowali ze wszystkiego, żeby ten jeden raz znaleźć się w pobliżu świętego, jego relikwii. teraz widzą miasto, wieże katedry; jeszcze tego samego dnia przejdą przez Puerta Francigena, będą się wspinać po schodach katedry, położą dłoń na tym pustym miejscu w kształcie dłoni na środkowej kolumnie Pórtico de la Gloria, o którym tyle słyszeli, będą się modlić przy grobie apostoła i otrzymają odpust zupełny. To byli inni ludzie, w ich głowach, choć takich samych, pojawiałam się inna myśl. Niektóre miejsca to mają: czar sprawiający, że uczestniczysz w myślach innych, nieznanych ludzi, którzy żyli w świecie, który nigdy nie stanie się twoim.
(C. Nooteboom, Drogi do Santiago)



widok na katedrę z Parku Alameda




fasada południowa









fasada zachodnia







fasada zachodnia

           Pieczę nad katedrą sprawuje święty Jakub Apostoł. To nie jedyna jego funkcja, bowiem stał się on również patronem całej Hiszpanii. Ze szczytu swej katedry ma doskonały widok na cały kraj i wszystkich pielgrzymujących do Santiago. To żaden problem dla kogoś, kto po śmierci swoje ciało przetransportował z Jerozolimy do Galicji. Co prawda za pomocą Aniołów, ale ile ich wątłe skrzydła uniosą. W każdym razie ciało świętego legło w grobie w katedralnej krypcie po trzech wiekach poniewierki, kiedy to niejaki pustelnik Pelayo odnalazł je za pomocą deszczu gwiazd spadających na pobliskie pole. Stąd nazwa samego miasta. Santiago de Compostela. Jakub z Gwiezdnego Pola, z Pola Gwiazd (łac. campus stellae). Ale my nie o św. Jakubie, a o katedrze, której bez niego by nie było.



św. Jakub na szczycie katedry
         



            Katedra wygląda jakby żywcem została przeniesiona ze średniowiecza do naszych czasów. Spowita ornamentami z zewnątrz, wewnątrz prezentuje ducha prostoty i ascetyzmu. Surowe ściany z pewnością pamiętają każdy oddech zdyszanych wędrowców. Przetarte kamienie noszą w sobie tajemnice milionów pielgrzymów. Mech powodowany wilgocią osiadł na dobre na murach katedry i nikt już nawet nie próbuje go stamtąd usunąć. Kolejne jego warstwy kładą się na kamieniach niczym gotyckie zdobienia na romańskich fundamentach, a utwierdzają się w swym trwaniu niczym barokowe rzeźbienia na dokonaniach dwóch poprzednich epok. Mech na santiagowskiej katedrze układa swe warstwy nie gorzej niż średniowieczni mnisi na pismach zakazanych klasyków. To istny palimpsest. Czasem deszcz zmywa jakąś literę i nie można odczytać całej historii. Ale nikt tego tej katedrze nie wypomina. W deszczu przecież wygląda zdumiewająco.
    


katedra w deszczu, foto by Ania

    

2 komentarze:

  1. Zawszę się zastanawiałem, czy w tym mieście istnieje mała salka kinowa, ze starym kino operatorem, który dzień po dniu wyświetla strudzonym pielgrzymom "Mleczną drogę". Oczywiście wędrowiec legitymizujący się kartą pielgrzyma (musi mieć odpowiednią ilość pieczątek) płaci tylko połowę biletu.

    S.

    OdpowiedzUsuń
  2. Niestety nic o takiej nie wiem, ale to pewnie dlatego, że nie miałam ani jednej pieczątki, o książeczce w ogóle nie wspominając. W każdym razie postaram się to nadrobić, a wtedy... kto wie. Może obejrzę Bunuela w małej salce w Santiago:)

    OdpowiedzUsuń

Pamiętaj, blog karmi się twoimi komentarzami!
Un blog se alimenta de tus comentarios. ¡Haz uno!
A blog feeds on your comments. Make one!
Un blog nutre i tuoi commenti. Fare uno!
Un blog se nourrit de vos commentaires. Faites un!
Ein Blog füttert Ihre Kommentare. Machen Sie eins!

Smakować życie i świat

Od dawna szukam klucza do swojej opowieści. Nie można opowiadać czyimś językiem, tak samo jak nie da się być na czyimś miejscu. A czy ka...

Copyright © 2014 taken from travel , Blogger