Na krańcach kontynentalnej Europy

Na krańcach kontynentalnej Europy

    
           Jak jest na końcu świata? Niby zwyczajnie, ale kraniec ziemi zwykle ma to do siebie, że wyzwala refleksje na temat wieczności. Za to moje zetknięcia z krańcami ziemi zawsze były wietrzne. Im bardziej wysunięty przylądek, tym włos bardziej rozwiany i dusza bardziej rozedrgana. Rozmyta i mglista wie(trz/cz)ność jest mi chyba pisana. Nie ukrywajmy, w takich miejscach dochodzi do drgawek psychosomatycznych, czy tego chcemy czy nie. Kto odczuwa tylko ciałem, zwykle mało odczuwa, ale kto odczuwa jedynie duszą, niestety mija się z rozkoszą. Wiatry krańców świata pozwalają doświadczać w dwójnasób, może dlatego tak przyciągają wędrowców.


Cabo da Roca (Portugal)



          Julian Gracq (w La Forme d'une ville) powiedział, że ten, kto w swoich wspomnieniach widzi miasto, trzyma się kilku obrazów budynków jak marynarz szukający boi, które zaprowadzą go do portu. Wczoraj jednak samo miasto stało się moim marynarskim wspomnieniem, wspomnieniem i rzeczywistością jednocześnie, a ja dryfowałem bez steru, mijając boje. Może najgłębszą melancholią podróżnika jest to, że radość powrotu zawsze zmieszana jest z czymś, co trudniej opisać, że to, za czym się tęskniło, przetrwało i bez ciebie, że aby naprawdę mieć to przy sobie, trzeba by na zawsze zostać tam, gdzie się to coś znajduje. Ale w tym celu trzeba by stać się kimś, kim być nie można: tym, kto zostaje w domu. Prawdziwy podróżnik żyje rozdarciem, napięciem między docieraniem do celu i ponownym opuszczaniem, a równocześnie rozdarcie to stanowi kwintesencję jego życia: on nie należy do żadnego miejsca. Temu „wszędzie", po którym się nieustannie porusza, zawsze będzie czegoś brakować; jest wiecznym pielgrzymem braku, utraty, i podobnie jak prawdziwi pielgrzymi w tym mieście, szuka czegoś, co leży jednak dalej niż grób apostoła czy wybrzeże Finisterre – czegoś, co go woła i pozostaje niewidzialne, czegoś niemożliwego.




Fisterra (España)



Fisterra (España)


          To fragment książki Ceesa Nootebooma Drogi do Santiago, która towarzyszyła mi podczas przygotowań do wyjazdu do świętego miejsca. Zacytowane słowa znajdują się tuż przed końcem książki, prawie u kresu ponad trzydziestoletniej wędrówki tego holenderskiego podróżnika i pisarza. Te słowa to również dla mnie zwieńczenie melancholijnych poszukiwań – zarówno literackich, jak i tych wypraw na „koniec ziemi" – Finisterre. Zadziwiające było doświadczenie tego miejsca, chociaż nie przeszłam nawet kilometra z prawie tysiąckilometrowej Camino de Santiago. Byłam wcześniej na portugalskim Cabo da Roca i wyobrażałam sobie kraniec świata podobnie – mrocznie, chmurnie, wietrznie, groźnie, niebezpiecznie. Jednak kres drogi św. Jakuba, gdzie pielgrzymi palili swoje ubrania, żegnając się z dotychczasowym życiem, okazał się oazą. Spokój, jaki towarzyszył temu miejscu, zlewał się z wyobrażeniem raju. To wywróciło mój już wywrócony porządek pojmowania świata. Zakłóciło na chwilę pesymistyczny obraz kresu... i pokazało coś jeszcze (gorszego, jak się teraz nad tym zastanawiam) – nie było tam żadnego kresu; niezmącona woda oceanu zlewała się w jedno z równie przejrzystym niebem. Kolistość melancholii powróciła, a ja nie potrafiłam sobie wyobrazić ukojenia. Może dlatego szybko ruszyliśmy wzdłuż Costa da Morte, Wybrzeża Śmierci, aż do Muxii, gdzie zobaczyłam swój – dramatyczny, pełen namiętności i nieposkromienia – koniec świata...


Muxía (España)

          A potem była jeszcze wyprawa po Algarve, najcieplejszym miejscu Europy (to ponoć ja przyniosłam tam deszcz, ale kto to wie...)


droga do Sagres - sam koniuszek Portugalii


                                           i wypatrywanie brzegu Afryki z plaż Taryfy

widok z Taryfy na Gibraltar


   

INÉS, INÉS, INESITA, INÉS - kilka słów o autorce


Skoro dziś są urodziny autorki bloga, to będzie też kilka słów o niej. Kiedyś jej galisyjski współlokator zawsze na jej widok wyśpiewywał jej imię, wzorując się na znanej w Hiszpanii piosence. Temat jej nie napawa optymizmem, ale refren pobrzmiewa w uszach jeszcze przez długi czas. Czy jest to piosenka o autorce?
Hoy me he levantado he visto destrucción
he bajado al parque y solo hay dolor
hoy no sale el sol solo hay destrucción
Ines, Ines, Inesita Ines
Hoy no sale el sol solo hay dolor

Estoy sola en casa, en mi habitación
donde estan mis padres que se les llevó
hoy no sale el sol solo hay destrucción
Ines, Ines, inesita Ines
Hoy no sale el sol solo hay dolor
Ines, Ines, inesita Ines

Así es el cinismo de la humanidad
cedieron el futuro a la industria militar
hoy no sale el Sol solo hay dolor
Ines, Ines, inesita Ines
hoy no sale el Sol solo hay destrucción
Ines, Ines, Inesita Ines

El mundo en que vives es irracional
nada les importa y es muy tarde ya
es muy tarde ya para cambiar
Ines, Ines, Inesita Ines
es muy tarde ya para cambiar
Ines, Ines, Inesita Ines

Un día llegará mi oportunidad
trabajo por un mundo al que tengo que cambiar
lucho por la paz y la libertad
Ines, Ines, Inesita Ines
lucho por la paz y la libertad



     
Café Miró - Joan Miró i odrobina Katalonii w Budapeszcie

Café Miró - Joan Miró i odrobina Katalonii w Budapeszcie


Hiszpania jest wszędzie. To tak, jak powiedzieć: miłość jest wszędzie. I wcale nie będzie to wielkim minięciem się z prawdą. Bo jak o czymś ciągle myślisz, to w końcu to samo się zjawia. Ale pod jaką postacią? U mnie najczęściej kulinarną. A jakże! Nie byłoby pewnie tego bloga, gdyby nie smakowitości. Cóż zrobić, jestem łasuchem. Ale dzięki temu łasuchowaniu często trafiam na miejsca wyjątkowe. Tak było i tym razem, i chociaż nie w Hiszpanii, to jednak z jak najbardziej hiszpańskim smakiem. Tak, nawet spacerując uliczkami innych miast, napotykam na swojej drodze hiszpańskie zakątki. Nie wnikam, czy to za sprawą boskich koincydencji czy po prostu ogromnej popularności Hiszpanii w świecie. Nieważne. Ważne, że tak się zdarza. I ważne, że poruszę w tym poście kilka tematów, które jakimś dziwnym trafem omijają mój blog. Będzie o Katalonii i o malarstwie. O obu po trochu. No i o smakach, ale to żaden rarytas.



Café Miró w Budapeszcie


Tego dnia uporczywie szukaliśmy typowo węgierskich smaków. I nawet nam się udało, ale coś niespodziewanie stanęło na drodze. Ni mniej, ni więcej, tylko Café Miró. Uroczo i ekstrawagancko zaaranżowana knajpka w sercu Budapesztu. Miejsce to wabi z daleka swym niespotykanym wystrojem i odwagą na miarę swego patrona. Przepyszne asymetryczne kształty i wyraziste kolory, wyszukane menu i całkiem adekwatne do pomysłu ceny. To wszystko, czego inspiracją jest kataloński malarz i rzeźbiarz rodem z Barcelony.



Café Miró w Budapeszcie



Joanem Miró Hiszpanie chwalą się tak, jak Pablem Picasso, choć ten drugi bezsprzecznie znany jest o niebo lepiej (choćby tylko z nazwiska). Nie ma nawet znaczenia, że jeden jest Katalończykiem a drugi Andaluzyjczykiem. Obaj przysparzają dumy całemu narodowi, bo obaj stali się prekursorami ważnych nurtów w historii malarstwa. Miró kształtował swój styl, próbując się w różnych kierunkach. Nie tylko artystycznych. Uchodził za człowieka wyjątkowo zorganizowanego i uporządkowanego. Być może właśnie dlatego jego dzieła pełne są kolorowej i wybujałej fantazji. Miró daleko do ekstrawaganckiego życia swego katalońskiego pobratymca Salvadora, choć może dzięki temu sztuka tego pierwszego wydaje się bardziej autentyczna i przekonująca. Ale nie będę ukrywać, Dalí swego czasu fascynował mnie co nie miara. Zaczytywałam się w jego Dzienniku geniusza i Moim sekretnym życiu. Ten wąsacz potrafi skrajnie jawnie pisać o swoim intymnym życiu, które w większości było jednym wielkim przedstawieniem z niespotykanie egocentryczną reżyserią. Być może nawet komentarz do jego życia i sztuki wnosi więcej do historii sztuki niż sama sztuka. Z pewnością jednak hochsztaplerstwo miesza się z geniuszem. Ale dziś (11 maja) zamiast oceniać, lepiej wypijmy za zdrowie i 108 urodziny wąsacza! A jaki jest Miró?



Café Miró w Budapeszcie





Café Miró w Budapeszcie


No i na koniec to, co kulinarni podróżnicy lubią najbardziej. Jeden z nich zaserwował sobie honey chilli duck, co było wyborem trafnym, bo zdecydowanie rzadko spotykanym. Smak potrawy zmieniał się w zależności od położenia w podniebieniu i czasu przetrzymywania jej w ustach. Momentami słodkie, ciągle pikantne. Danie w Café Miró było dokładnie takie, jak twórczość i życie samego inspiratora.



danie w Café Miró w Budapeszcie


Drugie danie o nieco łagodniejszym smaku, acz bardziej fikuśnym wyglądzie dawało odetchnąć po miodowo-pikantnych szaleństwach. Nabrzmiałe risotto stanowiło doskonałą bazę pod wyjątkowo kruche i rozpływające się w ustach mięso.



danie w Café Miró w Budapeszcie



Smakować życie i świat

Od dawna szukam klucza do swojej opowieści. Nie można opowiadać czyimś językiem, tak samo jak nie da się być na czyimś miejscu. A czy ka...

Copyright © 2014 taken from travel , Blogger