Łódź (Lodz), Polska (Poland)




Łódź / Off Piotrkowska


Miasto było więc moim własnym procesem stawania się, przestrzenią zamienioną na czas, przywołującym ku sobie punktem na horyzoncie. Jego budowle ukazywały mi się jako symbole oświetlone błyskiem przyszłości, mówiły o jedności mojego życia i przestrzeni, jedności czekającej na spełnienie się w splendorze czasu.

Marek Bieńczyk, Melancholia



Łódź / Off Piotrkowska


Czas łódzkiego flâneura

Upływ czasu i zmiana przestrzeni, kategorie od wieków z niesłabnącą siłą frapujące myślicieli i artystów, są doświadczeniem dogłębnie wstrząsającym. Szczególnie bolesne okazały się dla ludzi z końca XIX wieku, kiedy świat w zatrważającym tempie zaczął się przeobrażać. Za natłokiem kalejdoskopowych wrażeń kontemplacyjna natura dandysa nie mogła nadążyć. O ile jednak Europa Zachodnia doświadczała wówczas traumy czasoprzestrzennej, Łódź wydawała się problem ten pomijać. Ewentualnie skupiała się na gromadzeniu dóbr, skoro czasy jej mieszkańcom jawiły się tak niepewnie. Nie doświadczała, tudzież nie poświęcała uwagi na analizę, „szoków i kolizji”, które według Waltera Benjamina były udziałem przechodniów w wielkomiejskim ruchu ulicznym Paryża czy Londynu. Trzeba było aż wieku, żeby jakaś namiastka przeżyć francuskiego flâneura stała się również częścią losu łódzkich wagabundów.



Łódź / Off Piotrkowska


Żeby być flâneurem, trzeba mieć czas. Jednak czas, jaki posiada spacerowicz, nie jest tożsamy z czasem miejskim. I to wydaje się wywoływać melancholijny zgrzyt. Celem włóczącego się ulicami jest obserwacja, gromadzenie wrażeń, a to nie jest czynność krótkotrwała. Flâneur jest kolekcjonerem: zbiera, układa, dopasowuje. Ale czas na kontemplację otaczającej przestrzeni jest zbyt krótki, zatem udziałem pozostaje fragmentaryczność i punktowość. Flâneur staje się kolekcjonerem ulotności i migawek. Co ważniejsze, jest to empiria optyczna, bo ta chwyta mgnienia najszybciej, choć i przez swą powierzchowność łatwo je zapomina. W swoich „ponowoczesnych pejzażach kultury” Burszta i Kuligowski nazywają tę zależność równaniem matematyki egzystencjalnej, w którym „stopień powolności jest wprost proporcjonalny do siły pamięci; stopień szybkości jest wprost proporcjonalny do siły zapominania”. W flâneurowskim świecie widzimy zapowiedź współczesnego pojmowania czasu. To już nie prędkość liniowa, w której znaczenie miał stosunek przebytej drogi do czasu, ale prędkość obrotowa, w której liczy się liczba obrotów na daną jednostkę czasu. Jest to doświadczenie na wskroś melancholijne, przemieszczanie się z miejsca na miejsce, pochłanianie kolejnych okamgnień i szybkie ich wydalanie. To podważenie idei progresywizu, która, mimo ogromnych zmian (przede wszystkim w tempie życia), w połowie XIX wieku była jeszcze ciągle żywa.



Łódź, Wi-Ma


Paryskiego przechodnia sprzed wieku fascynują wizualne doznania, które w swej sztuce uwodzenia potrafią przywołać i zachwyt, i przerażenie. To właśnie ich ambiwalencja jest siłą, dzięki której flâneur co dzień wyrusza na przechadzkę. I za każdym razem odkrywa coś nowego, ulotnego, i coś, co już nigdy się nie powtórzy. Ta nieodwracalność i świadomość braku powrotu przyprawia o jeszcze większą melancholię. Bo przecież melancholia to ciągłe powroty, wieczne zataczanie kręgów, przemierzanie tych samych dróg, cofanie i zawracanie. I flâneur to robi, chociaż wie, że na taką samą ulicę już nie wejdzie. Jest jednak w tym włóczęgostwie coś, co niweluje upływ czasu. To rola wspomnienia. Z jednej strony nostalgia za utraconym Paryżem, z drugiej zaś odprysk minionej rzeczywistości, który zatrzymuje przeszłość w chwili obecnej. Jest to swego rodzaju bezczas. Benjamin mówi o „trwaniu pustego czasu”, który jest uprzedmiotowiony, ahistoryczny i nienaturalnie wyostrzony. Powoduje u człowieka w stanie spleenu grozę i strach przed nagością przeżycia. „Pogrążony w melancholii człowiek z przerażeniem konstatuje cofnięcie się świata do niczym nie przyodzianego stanu natury”. Jest więc nieobecny dla siebie w czasie teraźniejszym, jest na zewnątrz swojej istoty, która błąka się gdzieś pomiędzy przeszłością a teraźniejszością. Oddaje się wspomnieniom (mniej lub bardziej uświadomionym), które – pisze Kierkegaard z rozbrajającą prostotą – „są właściwym żywiołem nieszczęśliwego, co jest rzeczą naturalną, gdyż czas miniony posiada tę godną uwagi właściwość, że minął...”.




Łódź


Flâneur czuje się nieszczęśliwy z powodu doskwierającej nostalgii, która zgodnie z etymologią jest niczym innym, jak bólem za minionym. Nie może już doświadczać teraźniejszości, bo jest to „czas pusty”, w którym uobecnia się jedynie przeszłość. „Dla tego, kto nie jest już w stanie doświadczać – pisze Benjamin – nie ma pocieszenia”. Owa bezsilność utwierdza go jedynie w melancholii, w której perspektywa przyszłości jawi się jako jeszcze większa niepewność, bezradność i rozgoryczenie. Nie jest to zmierzanie w jednej linii rozwoju w kierunku świetlanej przyszłości, ale dreptanie w miejscu, przeskakiwanie z chodnika na chodnik z poczuciem niemożności uobecnienia się w teraźniejszości. Najprawdopodobniej nie jest możliwe zaprzestanie tej czynności, bo jakkolwiek dziwacznie by nie brzmiała informacja zaczerpnięta z „Wielkiej Encyklopedii Francuskiej”, to trafia w sedno włóczęgowskiego doświadczenia. Czytamy w niej: „Istnieje rodzaj melancholii, którą Arabowie nazywają kutabuk, od imienia zwierzęcia skaczącego na wszystkie strony po powierzchni wody: ludzie, których ona dotknęła, błądzą i chodzą bez wytchnienia”.




Łódź, Wi-Ma

W poczcie dzieci Saturna obok pustelników, mnichów, poetów, filozofów i wielu innych, figura wagabundy / Wiecznego Tułacza, wydaje się najistotniejszą. Oczywiście bycie jednocześnie artystą i włóczęgą się nie wyklucza, jednak chcę podkreślić, że melancholicy to nie tylko ludzie osadzeni w swej cielesności w jednym miejscu. To przede wszystkim ci, którzy takiego miejsca nie potrafią sobie znaleźć; tacy, którym wszędzie coś doskwiera i uwiera. Nie tylko nigdy, ale i nigdzie nie odnajdą swojej straty, by przywołać raz jeszcze Baudelaire’a. Jak w starożytności i średniowieczu po świecie tułali się waganci, tak w dobie wielkich metropolii przeistoczyli się we flâneurów. Choć obecnie jest to kategoria zmitologizowana, uwielbiana, o której chętnie się pisze, to na początku XIX wieku słowo to miało zabarwienie pejoratywne – określało ludzi wyjętych spod prawa i społecznie obowiązującej hierarchii. Wszystkich tych, którzy nie wpisywali się w przyjęte normy: włóczędzy, bezdomni, przestępcy, a więc ludzie, którzy nie znaleźli sobie miejsca w społeczeństwie i w życiu. Podobnie traktowani byli linoskoczkowie, żonglerzy i grajkowie – jako ludzie z marginesu. Na przełomie XIX i XX wieku flâneur to już nie intruz, lecz dziwak marnujący czas na wpatrywanie się w witryny sklepów. 



Łódź, Akademia Muzyczna

Żeby być flâneurem, potrzeba tłumu. Takie nagromadzenie ludzi stało się możliwe jedynie w wielkich, rozwijających się miastach. Toczące się ulicami masy jednakowych ludzi. Poruszający się bez wyrazu, bez żadnego błysku w oku, bez zdziwienia. Przechodzą obok siebie, nie myśląc nawet o jakimkolwiek kontakcie, bo wiedzą, że i tak już nigdy się nie spotkają. Łączy ich jedna przestrzeń, dzieli cała reszta. To początki samotnego tłumu, w którym skupisko społeczne nie odpowiada przestrzennemu; gdzie każdy znalazł się jak gdyby przez przypadek. W tłumie ulicznym hierarchia społeczna na moment traci rację bytu. W jednym okamgnieniu widać i elegancki kapelusz, i kunsztowną parasolkę, i rozklekotany trzewik. Ale połączenie atrybutu z właścicielem okazuje się daremne. Wszystko przeistacza się w zhomogenizowaną masę.



Łódź, Nawrot


Flâneur to ktoś zawieszony między bałwochwalstwem a pogardą dla tłumu. „Jest jej wspólnikiem i niemal jednocześnie odżegnuje się od niej. Zespala się z tłumem bardzo silnie, aby nagle jednym pogardliwym spojrzeniem zepchnąć go w nicość” – pisze Benjamin. To ktoś, kto nie potrafi oprzeć się tej sprzeczności; którego pochłania ambiwalencja doznań. I jest tego zupełnie świadomy. Jest jednak jedna, kluczowa cecha, która nie pozwala mu się naprawdę stopić z tłumem. To potrzeba własnej przestrzeni. Po rzuceniu wyniosłego spojrzenia, skręca z wytyczonych pasaży i włóczy się zakamarkami miasta tak, jak Maupassant uciekający przed widokiem „szkieletu z metalu”. Tylko po wtórnym wyrwaniu z tłumu, spacerowicz może stać się flâneurem. Niezależnie od tego, jaki jest powód, cel czy czas spacerowania, „tam, gdzie chodzenie własnymi drogami jest ogólnie przyjęte, flâneur nie istnieje”.



Łódź, Rynek Bałucki


Z ciągłą niezgodnością, inkongruencją i niemożnością uobecnienia się w danym momencie jest doświadczenie flâneura na wskroś melancholijne. Przyparty do bebechowatego tłumu jednocześnie chłonie go i wypluwa. Tak też postępuje melancholik ze światem. Być może dlatego, że innej drogi, niż unurzanej w materialności, nie ma. Jest w takiej postawie wiele egzaltacji i kokieterii. Można przywołać na dowód słowa Baudelaire’a:
Pogrążony w zadumie samotny wędrowiec znajduje osobliwe upojenie w poczuciu powszechnej wspólnoty. Ten, kto umie zespolić się z tłumem, zna febryczne rozkosze, których na wieki pozbawiony będzie egoista, zamknięty jak skrzynia, i gnuśnik, zasklepiony jak ślimak w skorupie. Ten przyjmuje za swoją każdą profesję, każdą radość i każdą niedolę, z którą zetknie go przypadek.



Łódź, Księży Młyn


Wyłania się z tego obrazu jeszcze jedna rzecz, która umyka analizom. Mianowicie mglista, zawoalowana, mefistofeliczna potrzeba kamuflażu. Jest w niej wiele z szatańskiej pokusy przeistaczania się i wszelkiej metamorfozy, która zdaje się wołaniem na przekór pospolitemu demonstrowania „bycia sobą”. To podwójne odwrócenie, w którym tłum głośno skandujący bycie innym, jest ciągle tylko homogenicznym tłumem, a samotny wędrowiec, chcący się z nim zespolić, pozostaje wyalienowany. Oczywiście jest w tym twierdzeniu spore uproszczenie, gdyż przyjmowanie za swój każdego zawodu nie jest równoznaczne z byciem nijakim, nikim... wręcz odwrotnie – to monumentalne przedsięwzięcie nie do pomyślenia nawet przez zwykłego przechodnia – to bycie wszystkim.



Łódź, Muzeum Książki Artystycznej


Baudelaire zwraca uwagę na ważną rolę przypadku. Człowiek w tłumie skazany jest na niczym nieuzasadniony zbieg okoliczności. Podczas spaceru zdarzają się rzeczy niezamierzone, a raczej dochodzi do losowych koincydencji. Flâneur nie wychodzi na ulicę z myślą o zrealizowaniu jakiegoś celu. Udaje się na przechadzkę z gotowością doświadczania wszystkiego, co tylko miasto może mu zaoferować. Podejmuje dobrowolną grę z losem, w której kolekcjonuje się „kolizje i szoki”. Reguły nie są do końca jasne; wiadomo tylko, że wszystko zależy od przypadku. Co więcej, nie zna innych uczestników gry, ponieważ obowiązuje zasada incognito. W tłumie dochodzi do zatajenia własnej tożsamości. Jest to często zabieg niezamierzony, ponieważ, podczas zanurzania się w masie przechodniów, dochodzi do scalenia ich osobowości. Z tą zależnością trudno walczyć. I o ile było to jeszcze możliwe wiek, półtora, temu (Baudelaire’a nosił się wyzywająco, chodził w jaskrawych ubraniach, z laseczkami i kapeluszami o innym kroju niż reszta), o tyle współcześnie ubieranie się w stroje w innych kolorach jest praktycznie nieskuteczne. Obecnie coraz trudniej nas zaskoczyć. Nastąpiło coś, o czym pisał Benjamin: „im bardziej świadomość jest przyzwyczajona do rejestrowania szoków, tym mniej należy obawiać się traumatycznego oddziaływania szoku”, a tym samym rzadziej dochodzi do zachwytu, oburzenia czy choćby uwznioślającego zadziwienia.



Łódź, Piotrkowska


Jak zatem rozpatrywać współczesnego spacerowicza? Czy nadal można określać go mianem flâneura? Czy łódzkimi ulicami wałęsa się jeszcze jakiś szlifibruk? Zadaję te pytania, mając ciągle w pamięci przemianę, jaka zachodzi obecnie w podmiotowości obserwatorów Łodzi. Otóż, wydaje mi się, że dopiero po zautonomizowaniu i ukazaniu się podmiotu w poezji łódzkiej, możemy zacząć mówić o spacerowiczu w kontekście tego miasta. Jak wcześniej wspominałam, flâneur jest świadomy zarówno swojej przynależności do tłumu, jak i odrębności; doznaje szoków w skutek przeraźliwie szybko zmieniającej się rzeczywistości; rozpacza nad straconym światem, do którego przynależał (i przynależy nadal, choćby tylko we wspomnieniu). 



Łódź, Off Piotrkowska


Łódź nie miała swojej historii ani legendy, dlatego w dobie rewolucji przemysłowej nie można było mówić o flâneurze jako o naczelnej miejskiej figurze tamtego czasu. Do „ziemi obiecanej” zjeżdżano z nadzieją na lepsze życie, mało kto myślał wtedy o utracie, a tym bardziej o stracie czegoś, czego wcześniej nie było. Jednak trzeba pamiętać, że od tamtego okresu minął przeszło wiek i wraz z jego upływem Łódź straciła narosłą, wtórną legendę. Jak źle by nie patrzeć, obecnie jest na swój sposób dumna z własnej wyjątkowości. Oczywiście jest to indywidualność okupiona brzemieniem izolacji i mało pochlebnej famy. Tę złą sławę powoli traci. Jednak, o ironio, jak na typowych malkontentów przystało, łodzianie nadal się zamartwiają. Można nawet przypuścić, że właśnie ta strata (choć przecież jak najbardziej pozytywna) jest przyczyną melancholii. Bo melancholika boli nic, by przywołać definicję Fernanda Pessoi. Nie cieszy się z utraty złego, ale rozpacza z powodu samej tylko utraty. 



Łódź


Jak zastosować elementy świata XIX-wiecznego paryskiego spacerowicza we współczesnej, łódzkiej rzeczywistości. Oczywiście powstają pytania o sens i możliwość takiego zabiegu. A zatem, czy flâneur jest nadal wystarczająco nośną kategorią i czy nadaje się jeszcze do opisywania współczesności? Czy w mieście postindustrialnym można go znaleźć? I co ważniejsze, czy jest możliwe przeniesienie tej kategorii do łódzkiej, XXI-wiecznej przestrzeni, która nie podlega właściwie żadnym współczesnym klasyfikacjom obszarów urbanistycznych? Czy zatem włóczący się łódzkimi brukami przechodzień jest flâneurem? Jeśli nie, czy potrzebna jest nowa kategoria, która zarezerwowana by była jedynie dla tak niesklasyfikowanego miasta, jakim jest Łódź? 



Łódź, Dom Literatury


Na początku należy podkreślić ogromne zmiany, jakie dokonały się w przestrzeni urbanistycznej w ciągu ostatniego wieku. Ewa Rewers uważa, że współczesne miasto od metropolii końca XIX wieku dzieli przepaść. „Miasto, w którego centrum dominuje ruch pieszych, spektakl przyjemności podglądania, a na obrzeżach przestępczość i niebezpieczeństwo, to dzisiaj, jak pisze Wilson, nostalgiczny koncept”. Postać niegdysiejszego już flâneura zastąpiła w post-polis figura obcego – kogoś z tłumu, kto zamieszkuje zupełnie różne uniwersum, niż inny mieszkaniec miasta.



Łódź, Dworzec Łódź Fabryczna


Rewers stawia także pytanie, czy obcy (ktoś,  kto czuje się obcy we własnym mieście i kto nie nadąża za zmieniającym się światem) jest jeszcze obywatelem. Poza tym w dobie mediów elektronicznych, gdzie, jak mówi badaczka, agora przeniosła się do cyberprzestrzeni i wraz z transnarodowym charakterem postnowoczesnego miasta, trudno wskazać jego granice. Przede wszystkim jednak to już nie ruch pieszych z cielesnym doznaniem bliskości stoi w centrum, a dzielenie się funkcjami społecznymi, ekonomicznymi i kulturowymi, tyle że w przestrzeni wirtualnej. Łodzi daleko zarówno do metropolis, jak i do post-polis. Biorąc jednak pod uwagę chociażby ów kluczowy ruch pieszych, bliżej jej do świata  flâneura, niż do obcego.



Łódź, Off Piotrkowska


Przede wszystkim niezbędne jest uwzględnienie ogromnej zmiany, jaka zaszła w sposobie kreowania podmiotu w liryce łódzkiej w ciągu ostatnich trzech, czterech dekad. Bez eksponowanego „ja” mówiącego i ukazywania jego przeżyć, nie mogło być mowy o flâneurze. A przecież poezja o Łodzi, począwszy od czasów rewolucji 1905 roku, przez strajki robotników, okres wojen, czasy komunistyczne, praktycznie aż do lat 80-tych, pełniła funkcję propagandową. Tematy, które nie poruszały spraw robotniczej Łodzi, były marginalizowane, a co za tym idzie, w poezji nie ujawniał się indywidualny podmiot. Jeśli to robił, zawsze w sposób zawoalowany, wysuwając na plan pierwszy miasto, nie swoją z nim relację. Zmiana dokonała się (i dokonuje nadal) wraz ze słabnięciem i końcem poprzedniego ustroju. Oczywiście nie jest to werbalnie zaznaczone, jednak ujawnia się w sposobie pisania nowego pokolenia ludzi, na własnej skórze odczuwających zmianę systemu i życie w wolnym kraju. Wcześniej w ten sposób pisał prawdopodobnie jedynie Waleńczyk, którego poezja i opowiadania, osadzone w łódzkiej rzeczywistości, nasycone są elementami autobiograficznymi i który podkreślał obecność podmiotu w opisywanej przestrzeni. 



Łódź, Off Piotrkowska


Obok Waleńczyka, już w latach 70-tych, Łódź z perspektywy dookreślonego podmiotu lirycznego prezentowała Lucyna Skompska i tak też robi do chwili obecnej. Dla poetki praktycznie nie istnieje przestrzeń łódzka w oderwaniu od „ja”. To zawsze zarysowanie sytuacji: ja – Łódź, ja w stosunku do rzeczywistości albo rzeczywistość w relacji do mnie. Jednak mimo pierwszego i najważniejszego warunku, jaki musi spełnić obserwator miejskich przestrzeni, aby być flâneurem, czyli poczucia własnej odrębności, Skompska nie pretenduje do tego miana. Jej obserwacja miasta jest zdumiewająco spokojna, nie wychodzi na zgiełkliwe ulice, aby doznawać szoku okamgnień. Zazwyczaj znajduje sobie postronne miejsce, w którym idealnie można się zaszyć (czy to będzie własne mieszkanie, kawiarenka przy Placu Wolności czy chińska restauracja). Odseparowana i zamknięta w jakiejś przestrzeni, z wewnątrz spogląda na Łódź przez szybę.


Łódź, Narutowicza


Jeszcze inaczej o mieście pisze Jerzy Jarniewicz, który wspomina o nim jakby przypadkiem. Prawie nigdy docelowo. Zaznaczenie jego obecności właśnie w Łodzi, czy też zasugerowanie, że jest to przestrzeń łódzka, jest minimalne. Odbywa się na zasadzie drobnej uwagi, co jest za oknem, na jakiej ulicy kogoś spotkał. Nie ma u niego realnego zetknięcia z ludźmi, nie ma wyjścia naprzeciw miastu, które pojawia się u poety z jego pokolenia, debiutującego w połowie lat 80-tych, Piotra Groblińskiego, który swój ostatni tomik, zatytułowany Festiwale otwartych balkonów, poświęcił „miastu z imieniem i nazwiskiem”. To już nie relacja odseparowanego widza, ale wyjście na zewnątrz i dotknięcie ulic, przechadzanie się bramami centrum i podmiejskimi dzielnicami. Nocne spacery i witanie świtu. To włóczenie się po starych ruinach fabryk i kwitnących parkach. To próba czytania Łodzi w całości. U Groblińskiego widać zacięcie szlifibruka, wnikliwego obserwatora, który nie spieszy się, zwiedzając. Zwraca uwagę na: 



Łódź


zgniecione puszki po napojach
przejechane koty i bilety
tramwajowe strzępy gazet
napisy kredę
zmarszczki asfaltu labirynty
plam ślady opon ślina
przechodniów bez kultury


Łódź, Off Piotrkowska, Mebloteka Yellow


„Czyta ulice jak gazetę”, ale nie szuka w niej sensu, to przecież setki artykułów, tysiące znaczeń, miliony kostek brukowych i płyt chodnikowych. Jest jak flâneur biblioteczny (analizowany przez Bursztę), który „ma ten luksus i takie sobie nadał prawo, że spaceruje po tych rejonach półek, do których szperacz zawodowy nie dociera, bo szkoda mu czasu”. A zatem nie jest zobligowany do systematycznych badań, nie pisze rozpraw, by potwierdzić swoją tezę. Jeśli poczyni wiersz, to z bezinteresownej potrzeby, może natchnienia. „Flâneur wszakże nie musi szukać sensu tak rozumianego – nie byłby flâneurem, miłośnikiem niejednoznaczności i niecierpliwym wędrowcem”. Czytanie świata jako Księgi jest motywem charakterystycznym dla melancholii, bowiem kryje się w nim przeświadczenie o niemożności odczytania sensu i dotarcia do istoty rzeczy. 



Łódź, Piotrkowska, Pasaż Rubinsteina


W tym przypadku miasto – jego poszczególne elementy – jest czytane jak gazeta. Grobliński podkreśla rolę prędkości czasu i pewnego zdeprawowania. To już nie Księga Świata i nie labirynty Biblioteki, w których zawarte są odwieczne prawdy, ale zwykła gazeta, którą bierze się do ręki, przegląda, wyrzuca i każdego dnia kupuje nową. To „labirynty asfaltu”, po których przemyka się niczym po linijkach kolejnych artykułów w prasie codziennej. Czy jest jeszcze tutaj miejsce na „kolizje i szoki”? Czy może zdziwić kolejna rozgnieciona puszka na ulicy, która wysuwa się na pierwszy plan niczym news dnia w brukowcu? 



Łódź, Łagiewniki

Być może zhomogenizowany świat coraz mniej już porusza, jednak potrzeba człowieka, mieszkańca miasta, jest ta sama – wyjść i doświadczać. Co więcej, potrzeba melancholika, być może cierpiącego na bezsenność, nie daje innej możliwości. Trzeba chodzić, by do końca nie zwariować i niekoniecznie wtapiać się w tłum za dnia przechadzających się główną ulicą. Grobliński obserwuje miasto o każdej porze doby. Noc sprzyja refleksji, ale i pozwala być z miastem sam na sam. To jak potrzeba obcowania z Absolutem, może dlatego w zsekularyzowanym świecie (gdzie w miejsce drewnianych kościołów postawiono lasy kominów) poeta nadaje znaczeń sakralnych elementom miejskiej infrastruktury: 



Łódź, Dworzec Łódź Fabryczna


z mijanych latarni zrobiłem różaniec
metodą prób dopasowałem rytm
i błędów kroków do rytmu słów
na skrzyżowaniu migało światło
tak samo żółte we wszystkich kierunkach



Łódź, Piotrkowska


Układanie z latarni różańca, dopasowywanie kroków do słów modlitwy, popadanie w trans chodzenia – to mantra melancholika, doświadczenie trwania pustego czasu i rozpływania się przestrzeni. Trudno zaznać tego lepiej, niż stojąc na pustym skrzyżowaniu, gdy miasto zamarło wraz ze światłami sygnalizacji. Poeta ma świadomość niemej obecności ludzi, którzy woleli skryć się w mieszkaniach. Jednocześnie jest i nie jest jednym z nich. To odwrócony a rebours stan flâneurowskiego zespolenia z tłumem w przestrzeni przy jednoczesnym odseparowaniu mentalnym. Tutaj, mimo braku obecności cielesnej, poeta czuje związek z zaszytymi w cieple domów mieszkańcami. Pisze:
nie byłem z nimi
nie byłem przeciw nim
nie byłem obojętny



Łódź, Piotrkowska


Trudno określić, czy rzeczywiście od czasu, kiedy Döblin podróżował po Łodzi, doszło do tak diametralnych zmian w zachowaniu kobiet, czy wizja Groblińskiego naznaczona pustką ulic została doprowadzona do tak smutnej skrajności. Warto jednak zwrócić uwagę na mitologizowanie miasta, na budowanie metafory w oparciu o zestawienie jedynie mgliście podobnych do siebie elementów gotyckiej architektury z betonowymi, socjalistycznymi blokami. Jest to obraz niczym u Dłużniewskiego, tyle tylko, że okraszony ironią, smutną niemocą czy nawet gorzką konstatacją pragmatyka: nazwanie kominów wieżami, nie doda im blasku, a już na pewno nie przemieni materii. To bezproduktywne leczenie kompleksów, bo przecież nadal: 
to miasto jest stacją sojuz apollo
przy zbyt szerokich torach do warszawy
do kalisza jest
wyspą kamienic na pustyni przedmieść
albo na suchym oceanie stepu 


Łódź, Nawrot


Biorąc pod uwagę układ linii kolejowych i rozkład jazdy pociągów, Łódź rzeczywiście jest odseparowana od reszty Polski. O paradoksie! Jej centralne usytuowanie w kraju nie oznacza dogodnych połączeń z innymi miastami, a czasem wręcz je uniemożliwia. Grobliński pokazuje, jakim kuriozum może wydawać się pakt zawarty między Stanami Zjednoczonymi a ZSSR, podczas którego do uściśnięcia dłoni doszło gdzieś w pół drogi, w zupełnie wyimaginowanej przestrzeni. Coś takiego dzieje się z Łodzią, która stanowi punkt styczności Warszawy z Kaliszem. Dookoła niej pustynia, „suchy ocean stepu”, ale to nie musi być obraz na wskroś tragiczny. Przecież bycie wyspą na pustkowiu to wyczyn nie byle jaki. Podobnie jak wspólna misja załogi Sojuz-Apollo. W 1975 roku USA i ZSSR przedsięwzięły wspólną misję połączenia na orbicie kosmicznych pojazdów obu krajów i podania sobie rąk członków załogi. Akcja została uznana za sukces zarówno techniczny, jak i polityczny.



Łódź, Piotrkowska


Miasto wywołuje szalenie ambiwalentne uczucia. Trudno znaleźć punkt wyjścia, od którego dałoby się usystematyzować jego wizerunek. Każda linijka poezji mieści w sobie jednocześnie zachwyt i rezygnację. Być może dzieje się tak za sprawą binarnie pojmowanego systemu znaczeń, w którym najłatwiej zaprzeczyć czemuś tego czegoś antonimem. Niestety nie sposób uporządkować świat, tym bardziej przestrzeń miejską, której mieszkańcy w jednej minucie odczuwają dziesiątki różnych nastrojów. Podobnie dzieje się w poezji Groblińskiego, gdzie poszczególne elementy i doznania nie łączą się w całość. Z jednej strony wytwory współczesnego przemysłu, z drugiej pozostałości minionej epoki, które nijak się do siebie mają. Ale nikomu to nie przeszkadza, a nawet sprawia pewną przyjemność. Współczesna Łódź to czas i przestrzeń dla flâneura. Oczywiście, można by go przemianować, stworzyć nową kategorię, jednak pewne doznania pozostają te same. Nadal zadziwia blaszak z:

epoki ekspedientek
w stylowych fartuchach i ortopedycznych butach
bez pięt i palców
i grubych kasjerek bez uśmiechu



Łódź


Zadziwia, rozczula i wywołuje sentyment. To nostalgiczne obrazy minionego świata, do którego przecież nie chce się wracać, a mimo to one nadal znajdują się na wyciągniecie ręki. Przemianowanie flâneura w przestrzeni łódzkiej polegałoby na odwróceniu jakości świata, za którym on tęskni. Przechodzień Paryża, tęsknił za miastem świetności, elitaryzmu, wdzięku i finezji. Spacerowicz Łodzi roztkliwia się na myśl o czasach absurdalnej nędzy. Mechanizm jednak pozostaje niezmienny: szybkość i dynamizm zmian widoczny na głównych pasażach miasta i zupełnie inny świat przedmieść tak samo szokują i wywołują nostalgię. Jednak tak szybko, jak zmienia się kształt miasta, dochodzi do zmiany opinii na jego temat, eksplikowanych w kolejnych wierszach. Po tak tkliwym obrazie, następuje niemal natychmiastowe podważenie dziwności otaczającego świata. Grobliński zdaje się negować przeświadczenie o samoistnym i naturalnym życiu miasta, które jest „jak wszystko tutaj skończone i niedoskonałe”. Więc czemu się dziwić, skoro skończoność nie gwarantuje nowych, niepowtarzalnych bodźców, a miasto ginie pod nieuchronnym skalpelem linijek i cyrkli urbanistów:



Łódź, Manufaktura


narodziny ulic mają miejsce
w czystych klinikach architektów
i a nie lub
na brudnych polach wśród wykopów
gdzie ulice kiełkują krawężnikami
i latami wiodą
powolne życie roślin
pozwalając toczyć się po sobie
nie swoim przecież sprawom
aż po zburzenie ostatniego domu
i powolne zarastanie śmiercią




Łódź, Pasaż Schillera


Puenta to przerażająca, trafiająca w jądro niepokoju melancholii. Skoro już zmierzono, wyliczono, pogrupowano i zaprojektowano miasto, skoro już wszystko jest wiadome i bramy domknięto na ostatni guzik, to co dalej? Gdzie świat poznania i zadziwienia, gdzie nadzieja na spotkanie z Absolutem? Na rycinie Dürera Melancholia I, anioł siedzi w niewiadomej i niezidentyfikowanej przestrzeni i to wywołuje u niego przygnębienie z powodu niemocy zespolenia i kongruencji. U Groblińskiego miasto jest dokładnie i szczelnie wypreparowane i to zdaje się tak samo tragiczne. Tę precyzję cięcia, czy raczej pozbawienie niuansów i ociosanie, autor podkreśla wielokrotnie. Geometryczność („kwadraty planu miasta”) nie ujawnia tutaj doskonałości. Oznacza raczej gwałt zadany naturze – naturalnym liniom miasta:

główna ulica narysowana przy linijce
jak piąta aleja w siatce przecznic
jak carskie koleje przez góry i rzeki
tnie skośnie zagony podwórek



Łódź


Z dwóch skrajnie różnych spostrzeżeń rodzi się to samo, najgorsze przeświadczenie. Nie możemy się przyzwyczaić ani do nieprzystawalności, rozczłonkowania i rozproszenia, ani żyć ze świadomością, że wszystko, co ziemskie, jest skończone, a do metafizyki za daleko. Nic już nie wywołuje w nas nieznanego mysterium tremendum, pozostaje tylko horror vacui. W tej tragiczności jest jedna rzecz niezmienna, jedyna możliwość, która choć odrobinę może ukoić ból świata – tworzenie, nazwanie swego lęku, dlatego poeta pisze.


Łódź


I pisze:

to musiało skończyć się wierszem
dwa i pół tysiąca ulic w dwa i pół miesiąca
to musiało się skończyć bo przecież
nie istnieją nieskończone miasta



Łódź, Plac Wolności


Być może nie da się postawić kropki i przeświadczenie o skończoności tekstu-miasta jest tylko chwilowym zwątpieniem. Grobliński w całym tomie nie postawił ani jednej kropki, ani jednego przecinka czy innego znaku interpunkcyjnego. Całość, choć kończy się imperatywnym stwierdzeniem ukończenia jej wierszem, w swej formie przeczy temu całkowicie. Więc może należy kierować się jej tytułem – festiwalem OTWARTYCH balkonów i na skrzydłach białej melancholii za poetą powtórzyć:



Łódź, Tymienieckiego, Katedra, Łódź Art Center

A jednak czasem się otwierają
Bramy furtki perspektywy
Ktokolwiek wchodzisz
Witaj się z nadzieją



Łódź, Piotrkowska


Czy łódzkimi alejami przechadza się flâneur? Na to pytanie starałam się znaleźć odpowiedź, mając świadomość, że kontekst warunkuje kategorię, jej zależności, składowe i odmiany. Nie można przenieść Paryża końca XIX wieku do Łodzi u progu wieku XXI, ale  kategoria flâneura jest szalenie bliska współczesnemu łódzkiemu obserwatorowi miasta. Co ważne, flânerie jest wynikiem nudy. Chadza się po mieście, by wypełniać się przeżyciami i doznaniami. Groblińskiego Łódź zachwyca i nudzi jednocześnie, ale dzięki temu znudzeniu poeta znów wychodzi na ulicę, „przechadza się bez celu, a nicość i pustkę, jaką czuje wokół siebie i w sobie, wypełnia mnóstwem wrażeń”. Tak jak flâneur w definicji Kracauera.



Łódź, Księży Młyn




Łódź, Nawrot




Łódź, Nawrot




Łódź, Dworzec Łódź Fabryczna




Łódź, Dworzec Łódź Fabryczna




Łódź, Dworzec Łódź Fabryczna





Łódź, Dworzec Łódź Fabryczna


Jeśli dobrnąłeś aż tutaj, Drogi Czytelniku, kłaniam się nisko. Ja bym chyba nie dała rady;) Tekst ten – teraz odrobinę zmodyfikowany – o moim mieście Łodzi i jego poetach powstał dziesięć lat temu i był częścią większej całości zwanej buńczucznie pracą magisterską pod tytułem Łódź jako miasto melancholii. Od tego czasu bardzo dużo się w tym mieście zmieniło i sam tekst wymaga wielu słów dalszej refleksji. Może ktoś napisze?




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Każda reakcja w ramach elegancji, dystynkcji i klasy mile widziana.

Smakować życie i świat

Od dawna szukam klucza do swojej opowieści. Nie można opowiadać czyimś językiem, tak samo jak nie da się być na czyimś miejscu. A czy ka...

Copyright © 2014 taken from travel , Blogger